w Artykuły: Ręka Rynku - gary_joiner - Herbatka u Heleny

Artykuły



Ręka Rynku - gary_joiner

Kunsztowne opowiadanie o życiu, sztuce i pieniądzach.

Dyrektorka Galerii Sztuki Współczesnej "Prawda Fałsz Muza" była doświadczoną w bojach profesjonalistką. Od piętnastu lat użerała się z gwiazdorzącymi artystami i rozwydrzonymi amatorami ładnych rzeczy. Raz połamała rękę nachlanemu dyrektorowi regionalnemu z Kyndryla, domagającemu się, żeby osłodziła mu zakup najnowszego kolażu hologramów Milczewskiego sokami z własnej cipy. Kiedy indziej rozgoniła zgraję fanatycznie religijnych manifestantów, blokujących dostęp do głównego wejścia galerii w ramach oprotestowywania wystawy progresywnych światopoglądowo neoneonów. Użyła zaledwie kilkunastu słów, obrazowo łączących sacrum z vulgaris.
Kiedy na ekranie laptopa, zabytku z okresu drugiej rewolucji informacyjnej, z wszystkimi tymi rozkosznie przestarzałymi klawiszami i przyciskami, pojawił się obramowany pulsującą, czerwoną ramką mężczyzna w prochowcu i z obrzynem w dłoniach, powłóczący nogami korytarzem w stronę jej gabinetu, poganiający przodem recepcjonistkę, Dyrektorka tylko ciężko westchnęła.
Przypatrzyła się Intruzowi. Znała typ, do którego należał. Nie dało się przejść przecznicy, żeby nie spotkać kilku egzemplarzy. Jeszcze w normie, ale już na jej obrzeżach. Weterani tego, ocaleńcy z tamtego. Ludzie, którzy utknęli w jakimś paskudnym fragmencie osobistej historii. Jeszcze sobie radzący, jeszcze próbujący ukręcić bicz z gówna, w którym tkwili po uszy, ale prący przez życie wyłącznie siłą rozpędu. Dyrektorka nie potrafiła im współczuć. Nie to, żeby na współczucie nie zasługiwali. Wierzyła, że w lwiej części przypadków upośledzenie umiejętności adaptacji następowało nie z winy dotkniętych nim delikwentów. W każdym razie nie z ich wyłącznej winy. Solidarność społeczna i współodpowiedzialność za los bliźnich to fajne, szlachetnie lśniące idee, które pięknie prezentują się w esejach i ustach etyków, ale Dyrektorka wiedziała, podobnie jak większość populacji wystarczająco bystrej, żeby cokolwiek ze współczesności rozumieć, że gdyby wdrożyć je w życie, dumnie niosąc pochodnię empatii, to nie starczyłoby godzin w dobie na łykanie antydepresantów. Przekonała się o tym eksperymentalnie, przy współudziale drugiego byłego męża: niegdyś wziętego maklera, który przypłacił implantację nowego nakorowego modułu obliczeń probabilistycznych afazją.
Dyrektorka nie zmierzała uciekać przed kimś takim. Jedyna droga na zewnątrz budynku wiodła korytarzem, którym nadchodził Intruz. Dyrektorka mogła co prawda wyskoczyć przez okno i liczyć, że grawitacja i beton obejdą się z nią łaskawie, albo zabarykadować się w gabinecie, ale podejrzewała, że każdy, kto jest wystarczająco pierdolnięty, żeby napadać na niewielką galerię sztuki współczesnej, wymachując przy tym spluwą, jest również wystarczająco pierdolnięty, żeby wyskoczyć za nią przez okno i kontynuować pogoń czy roznieść zablokowane drzwi w drobny mak.
Wyciągnęła pistolet z torebki i położyła go na kolanach, pod blatem zabudowanego biurka. Pukawka należała do kategorii tych reklamowanych sloganem "chwyć za właściwy koniec, skieruj w miej więcej poprawnym kierunku, wystrzel i zapomnij o problemach". Kupiła ją w dawnych, na wpół zapomnianych, na wpół mitycznych czasach, kiedy nie dość, że ufała policji, to jeszcze jakimś cudownym zbiegiem okoliczności komendantem głównym był szczery idiota, który bez obciachu oznajmił na konferencji prasowej, że służby porządkowe nie dysponują środkami niezbędnymi do udzielania natychmiastowej pomocy obywatelom w potrzebie, w obliczu czego odradza wzywanie ich do nagłych i niebezpiecznych sytuacji, bo wątpliwe żeby ktokolwiek dotarł na miejsce zdarzenia przed padlinożercami, a on chciałby oszczędzić podwładnym zbyt częstego widoku denatów z twarzami wygryzionymi przez szczury. Dyrektora nie skorzystała z pukawki ani razu i wielce sobie własny brak porywczości ceniła, ale w obliczu groźby przemocy, połyskującej oberżniętą lufą z ekranu laptopa, chciała mieć możliwość odpłacenia pięknym, za nadobne. Czy raczej pięknym, za możliwość nadobnego, bo nie sądziła, żeby po zainkasowaniu postrzału ze strzelby była w stanie odpłacić napastnikowi czymkolwiek, może poza obryzganiem go krwią i flakami.
Recepcjonistka i intruz wtargnęli do gabinetu.
- Ja, ja...
Zakładniczka zaniosła się płaczem, rujnując i tak już rozmazany makijaż.
Dyrektorka nigdy za nią nie przepadała. Nie przeszkadzało jej, że dziewczyna regularnie dawała dupy właścicielowi galerii. To było całkiem rozsądne wykorzystanie atutów, które recepcjonistka wygrała na genetycznej loterii. Irytował fakt, że oddawanie fizjologicznych otworów do cudzego użytku wydawało się dziewczynie dobrym sposobem wygryzienia Dyrektorki ze stanowiska. Przy czym, Dyrektorce nie przeszkadzała bijąca z tego przeświadczenia ambicja, tylko jego granicząca z głupotą naiwność. W branży sztuki współczesnej przydawały się różne umiejętności. Chętne wydawanie stonowanych jęków pod cudze ruchy frykcyjne było w porządku, ale umiejętność zachowania twarzy w sytuacjach stresowych była o wiele ważniejsza.
- Dzień dobry. Czego pan chce? - Dyrektorka zignorowała podwładną i zwróciła się do uzbrojonego mężczyzny.
Intruz odpowiedział półuśmiechem, omiatając pomieszczenie wzrokiem. Chwycił przeznaczone dla interesantów krzesło, przesunął je pod drzwi, brutalnie rysując panele podłogowe i usadził na nim recepcjonistkę, plecami do wyjścia. Przyłożył palec do ust, zachęcając dziewczynę do zachowania ciszy, a następnie zmotywował ją, wskazując na to, co zostało z lufy obrzyna. Stanął w kącie gabinetu, z dala od okna, tak żeby móc obserwować obie kobiety. Kolejny raz rozejrzał się po gabinecie, po czym, usatysfakcjonowany brakiem szaf wystarczająco wielkich, żeby mogli wyskoczyć z nich niespodziewani ochroniarze, opuścił broń i otworzył usta.
- Cześć. Chcę ubić interes życia. Myślę, że może to być interes życia też dla ciebie. Nie umniejszając twoim dotychczasowym dokonaniom zawodowym, ma się rozumieć.
Zmarszczki i przerzedzone, w większości siwe włosy dowodziły, że Intruz miał młodość już dawno za sobą. Krzywy, wielokrotnie łamany nos i świeża szrama na policzku sugerowały, że los nigdy go nie rozpieszczał i nie zamierzał na jego stare lata zacząć.
- Jeżeli faktycznie przyszedł pan w interesach, to proponuję zostawić namiary i szybko się ewakuować. Obiecuję się skontaktować, jak tylko nasi współpracownicy z Yakseku przestaną się kręcić po moim biurze, dociekając po co uczciwemu biznesmenowi broń palna i zakładnicy.
Mężczyzna zarechotał.
- Przesadziłaś z tą Yakuzą. Nie uwierzyłbym, że was na nich stać, nawet gdybym nie wiedział, że macie kontrakt z Bezpolem. Ich lokalna filia chwali się dekadą owocnej współpracy na profilach społecznościowych. Jak to ujął ich piarowiec... Mistrzowie ochrony, walki wręcz, precyzyjnego strzelania i adekwatnego doboru charakteru i siły interwencji do danej sytuacji, od lat w służbie piękna i sztuki. To nie jest zła firma, ten Bezpol. Kilku chłopaków z dzielni do nich poszło i sobie chwaliło. Chociaż w sumie bardziej benefity niż profesjonalizm. Nie sądzę, żeby ktoś od nich dotarł tutaj szybciej niż za dwadzieścia, trzydzieści minut, więc mamy chwilę na rozmowę. Myślę, że spokojnie się wyrobimy i jeszcze zdążysz ich odwołać.
- Drogi panie, nie wiem, jakie ma pan wyobrażenia na temat działalności, którą tutaj prowadzimy, ale zaręczam, że nie robimy tu nic, z czego mógłby zaczerpnąć profitów uzbrojony intruz.
- Nie przyszedłem tutaj rabować. Interes, który mam do zaproponowania, jest w zupełności legalny.
Dyrektorka uniosła brew.
- To po co panu zakładniczka?
- Postanowiłem zachowywać się mniej idiotycznie, niż mi się to na ogół zdarza i zabezpieczyć się na wszystkie możliwe sposoby. Jakaś podrasowana skurwycóra próbowała mnie skasować dwa dni temu, przez co zrobiłem się ociupinkę paranoiczny. Poza tym, jako że zależy mi na szybkim ubiciu interesu, uznałem, że ze strzelbą pójdzie szybciej i sprawniej. Może i mniej elegancko, ale nie można mieć wszystkiego.
- Pan wybaczy, ale...
Dyrektorka umilkła, kiedy mężczyzna podwinął rękaw prochowca, odsłaniając sztuczną rękę. Wykonana z wielobarwnych stopów proteza przyciągała wzrok misternymi zdobieniami, czerpiącymi z mitologii greckiej i na wpół otwartą konstrukcją. Siłowniki i polimerowe linki pracowały harmonijnie, kiedy Intruz ruszał palcami i kręcił nadgarstkiem, żeby zaprezentować sztuczną kończynę.
- To autentyk? - spytała Dyrektorka, w równej mierze zaskoczona i zniesmaczona, że wymsknęło jej się tak idiotyczne pytanie.
- Tak.
- No dobrze, nie to, żeby strzelba budziła moje zaufanie, ale na potrzeby konwersacji załóżmy, że dam się panu przekonać, że ma pan doczepionego autentycznego Kowalskiego. Skąd pan wytrzasnął protezę Arcymistrza?
Mężczyzna prychnął.
- Od Kowalskiego. Arcymistrza znaczy. Cholernie i jeszcze w chuj dawno temu, zanim tacy ludzie jak ty, ponownie bez urazy, o nim usłyszeli. Miał na dzielni coś w rodzaju czarnej kliniki, chociaż bliżej temu jego interesowi było do warsztatu, zwłaszcza pod względem warunków sanitarnych. Wiesz, jest tam teraz jego muzeum, ale nijak nie oddaje obskurwiałości oryginału. Woziłem się wtedy z Leniwcami, jak większość chłopaków i dziewczyn z okolicy, którym nie uśmiechało się handlowanie własną dupą. Mieliśmy z Kowalskim umowę: nie wybijamy mu okien, nie zarzygujemy drzwi, nie molestujemy klientów, czasem nawet pomagamy z dźwiganiem ciężkiego sprzętu czy zdobyciem czegoś nieszczególnie legalnego, a on w zamian nas łata i odpala niewielki procent od zysków. To były interesujące czasy. Jako gówniak pierwszego sortu miałem durne marzenia i wystarczająco entuzjazmu, żeby próbować je realizować. Czułem nadchodzące zmiany. To już nie było nasze stare, zasyfione blokowisko, po którym ganialiśmy się z maczetami i gdzie kroiliśmy przejezdnych frajerów, którym zhakowaliśmy GPSy. Zaczęły się wyburzenia i eksmisje. Tam, gdzie kiedyś sypały się bloki po dach poznaczone tagami naszego małego gangu, stanęły nowiuśkie apartamentowce i sklepy, szczelnie pokryte powłoką antysprejową, kamerami i czujkami. Zamiast lujów, dziwek i ćpunów po chodnikach zaczęły kręcić się niebieskie kołnierzyki. A potem pod naszym nosem wyrósł Fraktalowiec i z dnia na dzień staliśmy się mieszkańcami turystycznego rewiru. Złaknieni atrakcji frajerzy walili do nas ze wszystkich kontynentów, a biznes pędził za nimi, żeby jak najskrupulatniej wycyckać ich z forsy. Aż głupio byłoby nie skorzystać! Zaczęliśmy sprzedawać bardziej wyszukane dragi przejezdnym i w ciągu tygodnia zarobiliśmy tyle, ile przez poprzedni kwartał drobnych wymuszeń i kradzieży. Ależ mieliśmy piękne plany! Burdele, kasyna, każdy Leniwiec by się tytułował Donem i ciągnął najczystszy koks z mokrych pizd rozchichranych supermodelek! Zanim ktokolwiek z nas zdążył zdecydować, jakie kolory włosów będą miały jego przyszłe supermodelki na naszych kwadratach pojawili się obcy goście. Żadni tam żołnierze przestępczości zorganizowanej, zwykła ekipa starszaków z innej części miasta, która podzielała nasze marzenia i nie miała zamiaru pozwolić, żeby banda gówniaków dymała ich supermodelki. Uprzejmie poprosiliśmy, żeby spierdalali z naszego terenu. Oni na to, żebyśmy to my spierdalali. No to my do nich, że nie, nalegamy, to wy spierdalajcie. A oni, że nie, absolutnie, to my powinniśmy spierdalać. W końcu rzuciliśmy się na nich z maczetami, a oni nam te maczety zabrali i nas nimi porąbali. I tak straciłem perspektywy na świetlaną, miodem i sokami z pizd supermodelek płynącą przyszłość. I rękę przy okazji. Miałem fart, bo Kowal nie tylko opalił mi kikut, ale zaproponował, że w miejsce upierdolonej kończyny podepnie mi swoje prototypowe arcydzieło, bo tak się składa, że akurat rozglądał się za obiektem testowym.
- To ciekawa historia – stwierdziła Dyrektorka. - Ale nijak nie jestem w stanie potwierdzić jej prawdziwości.
Intruz pokiwał głową ze zrozumieniem. Musiałby być kompletnie odklejony od rzeczywistości, żeby oczekiwać, że ktokolwiek uwierzy mu na słowo.
- Kojarzysz The Robbos, nie? - spytał.
- Zawodowo zajmuję się sztuką. Tak, kojarzę jeden z najpopularniejszych kolektywów muzycznych ostatniego stulecia.
- Super. To wiesz może też, że zanim Gibson wyposażył się w łapę od Kowala, miał jakiś generyczny szajs, może i najnowszy, i najdroższy, ale w gruncie rzeczy to była zwykła plastikowa łapa. Wybrałem się na koncert Robbos zaraz po porażce ich trzeciego albumu, "Konającej Mewy Śpiew" zdaje się. Miotali się wtedy między synthpunkiem a industrialem, tracili fanów, wciąż ćpali na potęgę, tyle że byli już na tyle zblazowani, że nie dopuszczali się w trakcie ćpańska żadnych porządnych ekscesów, które mogłyby podbić ich popularność w patonetach, o przebiciu się do głównego plotkarskiego nurtu nawet nie wspominając. Ten ich upadek może i łamał moje wrażliwe serce melomana, ale był mi na rękę, bo gdyby nie on, to w życiu nie byłoby mnie stać na bilet na płytę. No więc wylądowałem tuż pod sceną, naładowany po uszy, skacząc, drąc się i tańcząc, czy co to tam zwykły wyczyniać gówniaki. Gibson musiał wypatrzeć moją rękę w blasku pirotechniki, bo po koncercie zostałem zaproszony na imprezę zespołu. Wyszukaj sobie nagrania z koncertu, śmiało. To było tutaj, w mieście, w trzydziestym drugim czy trzecim.
Dyrektorka zaczęła bębnić palcami po klawiszach laptopa, nie odrywając wzroku od Intruza.
- Myślałem, że będą chcieli mnie przelecieć, ale gdzie tam, Gibson tylko gapił się na moją rękę i pytał skąd wytrzasnąłem to cudo. Nie będę ściemniał, że wiem o co facetowi chodziło, bo mi się nie zwierzał, ot, zamieniliśmy kilka słów i wypiliśmy kilka drinków w tym samym pokoju hotelowym, ale postawiłbym dowolny organ na to, że chodziło mu tylko o styl. Wykombinował pewnie, że fikuśna, odjechana łapa wystarczy, żeby dać im szansę, jeżeli nie na ponowne wlezienie na szczyt, to chociaż na utrzymanie uwagi mediów o pięć minut dłużej. Pamiętaj, że Robbos początkowo jechali wyłącznie na tym, że Gibson nakurwiał w syntezator sztuczną ręką. Tyle, że okazało się, że ręką od Kowala grał lepiej, i to nie lepiej niż wcześniejszym szajsem, ale lepiej niż tą, w której operowaniu szkolił się, odkąd wylazł z matki. Reszta to historia. Neal i DeKaPe dali sobie urżnąć zupełnie zdrowe ręce, byle tylko móc korzystać z cudów Kowala, a potem przyszły te wszystkie złote, platynowe i diamentowe płyty. No i sława samego Kowala, wraz z tymi wszystkimi durnymi...
- Pan poczeka... Dobrze rozumiem, że przypisuje pan sobie nie tylko sukces i popularność The Robbos, ale i Kowalskiego?
- Nie przypisuję, ale wątpię żebyś usłyszała i o jednych i o drugim, gdybym nie pojawił się w pewnym miejscu w określonym czasie. Znalazłaś mnie na nagraniach?
- Tak.
I faktycznie Intruz został uwieczniony przez kamery rejestrujące koncert. Rysy twarzy, połamany nos i postura się zgadzały. Co więcej, zgadzała się cybernetyczna ręka. Na stop-klatkach bez trudu można było dostrzec postacie Syzyfa i Prometeusza, dręczone na metalowym przedramieniu.
- Czy możemy przejść do interesów?
- Nie, szanowny panie. Obawiam się, że to nie wystarczy do potwierdzenia autentyczności.
Intruz ponownie kiwnął głową. Odrobinę szybciej i mocniej niż poprzednio, ale jego gest wciąż wpisywał się w ramy kulturalnej wymiany niewerbalnych komunikatów.
- W porządeczku. Mam jeszcze jedną historyjkę. Taką, której nie zmyśliłby żaden oszust, choćby zrobił habilitację z biografii Kowala. Wiesz pewnie, że nikt nie wie, czym Kowal zajmował się po studiach, zanim jeszcze trafił do tego zasranego przez szczury, na wpół podziemnego warsztatu na terenie Leniwców, niech ziemia im lekka będzie?
- Spekulowano, że zrekrutowała go NARPA, czy dział badań i rozwoju którejś z korporacji specjalizujących się w cybertechu.
- Tak, tak, słyszałem to setkę razy. Szare, czy nawet czarne laboratorium gdzieś na odludziu, nie do końca nielegalne, ale i nie do końca sympatyczne eksperymenty na ludziach przedstawianych jako ochotnicy. Nieustanny rozwój, wykurwiste przełomy, patenty, a w końcu wypalenie, marzenia o zerwaniu się z korposmyczy i rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron, obwarowane taką liczbą klauzuli poufności, że ich wydruk dźwigać musiało dwóch praktykantów. Wszystko bzdury.
- Och?
- Kowal był pieprzonym geniuszem, ale we łbie miał nasrane. Wiesz, co robił po studiach? Przerzucał burgery, bo był tak chujowy, że nikt nie chciał go zatrudnić w wyuczonym zawodzie. W przerwach chlał i ćpał jakieś gówno pichcone po piwnicach przez podobnych do niego, i do mnie, jeżeli już bawimy się w szczerość, nieudaczników. Kiedyś tak odleciał, że jakimś cudem udało mu się wpaść pod autoautobus.
- To w ogóle możliwe?
- Teraz? Chuj wie. Ale to było ze czterdzieści lat temu, algorytmy autonomików nie były takie mocne. Zresztą, Kowal twierdził, że miał wypadek, ale podejrzewam, że chciał strzelić samobója. Jakby tam nie było, mocno go dupnęło, najpierw stuknął go autoautobus, potem przywalił o beton. Zwinęli go do szpitala, stwierdzili uszkodzenie mózgu, podreperowali na tyle, na ile mogli kogoś bez abonamentu medycznego i wystawili za drzwi, z pięciocyfrowym rachunkiem. Zanim znalazł następny autoautobus, pod który mógłby wpaść, doznał pierdolonego olśnienia. Wrócił do klitki, w której koczował, dorwał się do tabletu, dłubał przez trzydzieści godzin z rzędu i skończył z gotowym projektem sztucznej nogi, który odsprzedał, od ręki i za bezcen, ale zarobku i tak starczyło mu na opłacenie kosztów leczenia i kupno piwnicy pod warsztat. Wychodzi na to, że czasami wystarczy się pierdolnąć wystarczająco mocno w łeb, żeby zostać geniuszem.
Dyrektorka zmarszczyła brwi. Historia znała przypadki przebudzenia wielkich talentów po urazie mózgu, a Kowalski, kiedy jeszcze żył, rzeczywiście sprawiał wrażenie kogoś z problemami natury neurologicznej: jąkał się i powłóczył nogami. Jeżeli faktycznie tak było, to ukrycie tej informacji sprawiało wrażenie sensownego z marketingowego punku widzenia; kto wie jak na wiadomości, że spektakularne efekty wynikają z defektu zareagowaliby potencjalni nabywcy dzieł Kowalskiego.
- Tego też nie da się zweryfikować – zauważyła Dyrektorka.
- Jasne. Ale czego ode mnie oczekujesz? Pieprzonego certyfikatu autentyczności?
- Jak długo ma już pan tę rękę? Trzydzieści lat?
- Dwadzieścia osiem.
- I przez ten czas nie wpadł pan pomysł, żeby arcydzieło spieniężyć?
- Jasne, że wpadłem. Nawet za gówniaka nie byłem takim idiotą, żeby o tym nie pomyśleć. Tyle, że kiedy Kowal był na szczycie, nikt nie był zainteresowany kupnem łapy jego autorstwa z drugiej ręki. Po co brać używany prototyp od jakiegoś patusa, który pewnie i tak chce człowieka oszukać, skoro można ustawić się w kolejce do szwajcarskiej kliniki samego Kowalskiego, który nie dość, że przeprowadzi operację, to jeszcze autograf wyryje na dłoni. Próbowałem rękę opchnąć, ale w końcu odpuściłem i ograniczyłem się od wyrywania na nią dzianych panienek, gotowych postawić mi drinka w zamian za bycie zmacaną czy wypalcowaną ręką Arcymistrza.
- Cóż za ekscytujący pomysł na obcowanie ze sztuką.
- Kpij sobie, ale jako specka od sztuki współczesnej pewnie wiesz lepiej ode mnie, ile ludzie są w stanie zapłacić za durnoty. A te drinki nie były takie znowu drogie. Później Kowal odwalił kitę i sytuacja zmieniła się diametralnie: nagle przestałem być użytkownikiem ekskluzywnej i luksusowej protezy, a zostałem właścicielem unikalnego produktu kolekcjonerskiego. Szło mi w życiu tak sobie, ale wiązałem koniec z końcem na tyle sprawnie, żeby wstrzymać się od natychmiastowej sprzedaży i zobaczyć, jak ukształtują się ceny. W ciągu miesiąca kończyny od Kowala podrożały dwukrotnie, a tempo wzrostu ich wartości wystrzeliło w pierdolony kosmos. Stwierdziłem, że poczekam. Najpierw, żeby zarobić tyle, żeby móc rzucić dorywcze fuchy i żyć z odsetek w jakimś przyzwoitym, świeżo odmalowanym mieszkanku. Później, żeby móc wprowadzić się do własnego domu z basenem. Jeszcze później uznałem, że do domu z basenem przydałby się śmigłowiec i altanka dla gości. W końcu zacząłem myśleć o tropikalnej wyspie wraz z personelem. Gdyby nie zeszłotygodniowa wizyta pieprzonej zgrywuski z laserowym skalpelem, teraz pewnie myślałbym o prywatnym satelicie mieszkalnym, zamiast wymachiwać ci przed nosem obrzynem. Chciwość to paskudna cecha.
- To brzmi sensownie.
- Czyli zorganizuje pani sprzedaż?
- Tyle, że nic z tego sensownego brzmienia nie wynika. Oszust miałby przygotowaną sensownie brzmiącą historyjkę. Nie mogę ryzykować sprzedaży falsyfikatu. Mogę za to wezwać mojego rzeczoznawcę, który potwierdzi autentyczność pana górnej kończyny. Może tutaj dotrzeć w ciągu pięciu minut, ma gabinet w drugim skrzydle budynku.
- Gwarantuję, że kończyna jest autentyczna w chuj. - Intruz uniósł obrzyna, tak żeby Dyrektorka mogła zajrzeć do kikuta lufy.
- Ja to widzę tak: jeżeli wzbrania się pan przed oględzinami, to sugeruje to nieuczciwość intencji. Jeżeli pana intencje są nieuczciwe, to tak czy inaczej źle wyjdę na układaniu się z panem. Wolę już, żeby rozwalił mi pan głowę, niż gdybym miała zdychać godzinami, po tym jak wyprują mi sztuczne płuca, bo nie będę miała z czego opłacić abonamentu medycznego, kiedy wyląduję na bruku z wilczym biletem, za wciskanie klientom byle barachła.
Intruz przymknął oczy, szacując potencjalne zyski i możliwe straty.
- Zgadzam się na rzeczoznawcę, ale pod warunkiem, że po potwierdzeniu autentyczności dostanę dziewięćdziesiąt procent kwoty, za jaką sprzedasz moją rękę.
Palce Dyrektorki zatańczyły po klawiaturze.
- Skąd pomysł, że może pan dyktować warunki? Z tego co pan mówi wynika, że jest pan zdesperowany i bardziej potrzebuje mojej pomocy, niż ja ewentualnej prowizji od sprzedaży, jak wielka by nie była. Przypominam, że wedle pana własnych relacji, polują na pana pozbawione skrupułów indywidua, pragnące położyć łapy na zaimplementowanym panu cudzie. Dla pana to kwestia życia i śmierci, a nie zamierza pan chyba spierać się o to, że życie przydaje się bardziej od pieniędzy?
- Wszystko się zgadza, ale wiesz, przygotowałem sobie plan B. Jeżeli nie damy rady się dogadać, odstrzelę ci głowę i oddam się w łapy psiarni. To powinno starczyć, żebym dostał pięć minut w mediach i dożywocie w pojedynczej, względnie bezpiecznej celi. Nie będzie to najlepsze rozwiązanie, ale o tyle znośne, że lepsze od bycia zaciukanym przez pomagierów kolekcjonerów dzieł sztuki.
- Istotnie, przygotował się pan.
- Jak wspomniałem, staram się zachowywać mniej głupio niż zazwyczaj.
- Zdecydowanie się pan nie docenia.
- Po prostu przekonałem się ostatnio, że nic tak nie motywuje, jak chęć uniknięcia własnej śmierci.
Dyrektorka odpowiedziała uśmiechem tak kwaśnym, że mogłaby za jego pomocą trawić stal i pustoszyć rafy koralowe.
Nie mijała sekunda, żeby gdzieś jakiś pojeb nie ogłosił się nowym oblubieńcem muz i nie próbował reklamować chłamu własnego autorstwa jako najlepszą rzecz, jaka przytrafiła się ludzkiej kulturze od czasu uruchomienia PornHuba. Ta, nomen omen, sztuka udawała się jednemu na kilka czy kilkanaście milionów, ale to wystarczyło, żeby Dyrektorka musiała każdego wieczoru ślęczeć przed ekranem, poznając nowe trendy, techniki i obiecujących artystów. Może i nie pracowała na Wall Street, w Dolinie Krzemowej czy na Broadwayu, ale i tak większość wolnego czasu musiała poświęcić na rozwijanie kompetencji zawodowych, żeby nie zostać pokąsaną, a finalnie zastąpioną przez którąś z młodych wilczyc po Akademii Sztuk Pięknych. Była cholernie ambitna, ale nie na tyle żeby rezygnować z przerw na jedzenie, sranie, siusianie i seks na rzecz zgłębiania plotek dotyczących biografii słynnych martwych twórców. Świadomość, że gdyby dała z siebie ociupinkę więcej, to miałaby szansę na samodzielne potwierdzenie autentyczności protezy, a co za tym idzie wywalczenie wyższej marży od sprzedaży, skakała po jej synapsach niczym irytująca, mentalna pchła.
Pukanie do drzwi przerwało rozmyślania Dyrektorki. Do gabinetu wkroczył, niepewnie i bokiem przeciskając się obok recepcjonistki, okularnik w za dużym garniturze i z mikroskopem pod pachą. Puścił oko do Dyrektorki, a ta odpowiedziała, pociągając za spust pistoletu. Fragment biurka rozpadł się w drzazgi, a nowo przybyły i recepcjonistka padli na posadzkę, podziurawieni chmarą odłamków. Posiekani, poprawiła się w myślach Dyrektorka. Obserwując efekt własnych działań, zdusiła wzbierającą falę emocji. Zaprzęgła wyobraźnię do postrzegania pobojowiska nie jako paskudnej pozostałości ludzkiej tragedii, a jako dzieło sztuki, oddane jej do oceny: kolarz z wiórów, flaków, metalowych odłamków, krwi i gówna. Niezbyt nowatorski, raczej nieestetyczny, ale pobudzający zmysły i oferujący mnogość interpretacji. „Kruchość egzystencji, czyli gwałtowne spotkania materii z energią” czy coś równie pretensjonalnego.
- Kurwa! - ryknął Intruz.
Dyrektorka zorientowała się, że mierzy do niej z obrzyna. Lekko drżącymi rękami. Przywołała myśli do porządku, równocześnie powoli unosząc puste dłonie do góry.
- To nie był mój rzeczoznawca - oznajmiła. - Bezpol działa chyba lepiej i szybciej, niż pan sądził.
Intruz zaryzykował szybkie spojrzenie na ciała. W stercie mięsa tkwiło coś, co mogło być rękojeścią pistoletu, a w kałuży płynów ustrojowych leżał pogięty i wyszczerbiony bojowy nóż. Intruz nieznacznie opuścił broń. Nie na tyle, żeby nie móc z niej szybko skorzystać, tylko żeby zamanifestować odrobinę dobrej woli.
- To komplikuje sytuację – zauważył.
- Niekoniecznie. - Dyrektorka wskazała palcem na laptopa. - Mogę?
- Proszę.
Dyrektorka zaatakowała klawiaturę z gwałtownością godną wspomaganej farmakologicznie stenotypistki.
- Performens – oznajmiła, nie przestając pisać.
- Performens?
- Tak. Nie wtargnął pan tutaj z bronią i nie przetrzymywał zakładniczek. Urządzał pan performens. Mający zwrócić uwagę, na niebezpieczeństwa traktowania sztuki zbyt poważnie, czy coś w ten deseń. Ktoś ode mnie rozpisze ładną interpretację. Niestety doszło do tragicznego w skutkach nieporozumienia, gdyż była już recepcjonistka najwyraźniej zapomniała powiadomić o tym artystycznym wydarzeniu naszych drogich dostarczycieli bezpieczeństwa. Przepraszam właśnie dyrekcje Bezpolu za tą pożałowania godną sytuację. Zaraz powołam się na dekadę owocnej, bezproblemowej współpracy. Z pokorą przyjmę podniesienie składki, a oni walną sobie w profilowe kolejny krąglutki akapit, tym razem o poświęceniu życia dla piękna. Wszystko rozejdzie się po kościach, będzie pan wolny jak ptak i odstąpi mi nie dziesięć, a trzydzieści procent od końcowej ceny ręki.
- Piętnaście procent. Trudno będzie sfinalizować interes, jeżeli trafię do paki. Albo jeżeli ty trafisz do paki.
- Dwadzieścia pięć procent.
Dyrektorka oderwała palce od klawiatury i uśmiechnęła się drapieżnie.
- Stoi.
- Świetnie. - Dyrektorka wróciła do pracy – Bezpol odwołał oddział szturmowy, nikt nie będzie nas na razie niepokoił. Gdyby był pan tak miły, odłożył strzelbę i zaczął się zastanawiać, co zrobi z niebawem zdobytą fortuną, to mogłabym w pełni skoncentrować się na organizowaniu aukcji pańskiego arcydzieła.
Intruz spełnił prośbę, a Dyrektora rozpuściła wici. Rozesłała kilkadziesiąt wiadomości i odbyła kilkanaście rozmów, nakręcając kolegów i koleżanki po fachu na unikalną okazję zdobycia zaginionego prototypu autorstwa samego Arcymistrza i to nie w dalekiej przyszłości, ale już zaraz, za pół godziny! Część kontaktów uznała nagabywania za głupi żart, asekuratywna większość wietrzyła przekręt, ale tych kilku koneserów sztuki o oczach rozpalonych rządzą wzbogacenia prywatnych kolekcji o białego kruka cybernetyki, którzy zalogowali się na aukcję, w zupełności wystarczyło do ustalenia korzystnych dla sprzedającego proporcji między popytem a podażą i wywindowania ceny.
Kiedy jasne stało się, że tylko trójka potencjalnych kontrahentów jest gotowa licytować powyżej miliona Euro Dyrektorka pożegnała resztę uczestników i przełączyła telekonferencję z trybu prezentacji na rozmowę każdy-z-każdym. Milczała przez chwilę, pozwalając, żeby koneserzy sztuki zmierzyli się wzrokiem i skatalogowali, niczym pokerzyści przed decydującym rozdaniem. Rozpoznała tylko jednego z nich: starego Handlarza, o którym uczyła się jeszcze na studiach. W czasach młodości był jej idolem: urodzonym spekulantem z charyzmą godną głowy dowolnego kościoła i inteligencją noblisty. Kupował drogo, sprzedawał astronomicznie drogo i jakimś sposobem zawsze utrzymał się na fali trendów i co najmniej o krok, a najczęściej o całe kilometry, przed konkurencją. Oficjalne wieści ze świata sztuki donosiły, że cieszy się zasłużoną emeryturą, ale giełda plotek oferowała niestworzone historie dotyczącego jego aktualnych handlowych wyczynów, dyskretnych i w najlepszym razie szemranych, w najgorszym zupełnie nielegalnych.
Oprócz Handlarza o rękę Arcymistrza konkurowała śliczna dziewczyna, kamuflująca nieziemską urodę workowatym t-shirtem i niechlujną fryzurą oraz wymuskany dżentelmen w garniturze, licytujący w asyście czworga minimalnie tylko mniej wymuskanych doradców.
Dyrektorka poczuła się, jak ktoś, kto pół życia spędził na wciskaniu ludziom, panie, jakiej naturalnej i pysznej, pietruszki na chodniku, po tym jak postawili go za ladą Haroldsa i kazano namawiać klientów na zakup zabytkowych świeczek o zapachu waginy Gwyneth Paltrow. Odchrząknęła, przystroiła twarz w najpiękniejszy ze sztucznych uśmiechów i przerwała ciszę:
- Drodzy państwo, nie będzie przesadą, jeżeli stwierdzę, że aukcja, w której uczestniczycie jest wyjątkowym wydarzeniem. Wiecie doskonale, że arcydzieła autorstwa Arcymistrza Kowalskiego trafiają pod młotek niezwykle rzadko, a unikaty, dotychczas ukryte przed światem, nie trafiają pod młotek w ogóle. Aż do dzisiaj. Mam zaszczyt i przyjemność reprezentować kolekcjonera, który pragnie pozostać anonimowy, oferującego perłę nad perły: prototypowy egzemplarz protezy ręki, wykreowany nieomylną ręką Arcymistrza. Finalny etap zaczynamy od ceny jednego miliona Euro, zapraszam do dalszej licytacji.
- Piętnaście... Milionów – rozpoczął stary Handlarz.
- Skąd mamy wiedzieć, że to nie ordynarne oszustwo? - spytał Wymuskany.
Jego doradcy szeptali mu do obu uszu.
- Dwadzieścia – włączyła się Piękność.
- Nie zwykłem inwestować w koty w workach. - Nie ustępował Wymuskany.
- Trzydzieści... Milionów – rzucił Handlarz, ziewając.
- Trzydzieści trzy miliony – przelicytowała Piękność. - Nie czarujmy się, jeżeli dysponujemy środkami na zakup tego nowo odkrytego cuda, to dysponujemy też środkami, żeby odzyskać zainwestowane środki, w przypadku, gdyby okazało się, że w ręce któregoś z nas wpadł falsyfikat. Pańska strategia zniechęcenia konkurencji jest nieszczególnie natchniona, panie garniturku.
- Oferuję czterdzieści milionów Euro – oznajmił Wymuskany, rezygnując z obojętnej miny na rzecz półuśmiechu. - I dziękuję za opinię, ale gdybym potrzebował ekspertyzy dotyczącej optymalnych metod licytacji, to bym ją sobie zamówił.
- Czterdzieści cztery miliony. I wątpię, żeby było pana stać na moje ekspertyzy.
- Och, mam takich cudownych, genetycznie podkręconych dzieciaczków na pęczki. Jedna, całkiem do ciebie podobna, możliwe, że z tej samej próbówki, regularnie strzela mi gałę za garść fistaszków. Pięćdziesiąt milionów.
- Jasne, bo uwierzę, że takiemu dinozaurowi może jeszcze stanąć cokolwiek poza czarnym, przeżartym korporacyjną chciwością serduchem.
Palce dyrektorki zatańczyły na klawiaturze.
- Pięćdziesiąt milionów po raz pierwszy – oznajmiła ich właścicielka.
- Pięćdziesiąt pięć – stwierdziła Piękność.
- Siedemdziesiąt – Wymuskany przebił ofertę.
- Siedemdziesiąt milionów Euro po raz pierwszy. Nie pozwólcie państwo, żeby źle pojmowana oszczędność przekreśliła wasze szanse na obcowanie z muzami. Siedemdziesiąt milionów po raz drugi. Taka okazja już się nie powtórzy! Siedemdziesiąt milionów po raz trzeci. Sprzedane kąśliwemu dżentelmenowi ze świtą! Wysyłam panu dokumenty sprzedaży. Wylicytowany przedmiot zostanie dostarczony pod wskazane przez pana adres w przeciągu doby, liczonej od momentu zaksięgowania wpłaty na koncie naszej galerii. Dziękuję państwu za uwagę!
- Wspaniale – skwitował Wymuskany.
Telekonferencja dobiegła końca.
- I co teraz? - spytał Świeżo Upieczony Multimilioner Świeżo Upieczonej Milionerki.
- Teraz znajdziemy dyskretnego profesjonalistę medycznego, który umożliwi panu rozstanie się z ręką Kowalskiego i rozpoczęcie nowego, ekscytującego rozdziału życia.

***



- Tak? O co… Chodzi?
Wypełniająca ekran laptopa twarz starego Handlarza zdradzała oznaki uprzejmego zainteresowania, choć w minimalnych ilościach.
- O interes życia, proszę pana. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną porozmawiać. Gwarantuję, że pan tego nie pożałuje – odparła Dyrektorka.
- Czyżby miała pani na zbyciu… Jakąś inną kończynę Kowalskiego?
- Nie kończynę. Ale coś równie ciekawego.

***



Świeżo Upieczony Multimilioner nie wiedział, kto, jak i po co go dopadł. W jednej chwili upajał się luksusem we własnej rezydencji, zasypiając z jedyną pozostałą ręką na pośladku nowiusieńkiej, ekskluzywnej kochanki i pod czujnym, troskliwym okiem prywatnego goryla z Yakseku, w drugiej ocknął się w klatce, w ciemnym magazynie, za kompanów mając Pandę Wielką i coś, co było chyba cholernie wygłodniałą rekonstrukcją Tygrysa Szablozębego. Jeżeli porwano go, żeby dobrać się do nowozdobytej fortuny, to ktokolwiek to zrobił, nie mógł liczyć, że do okupu dostanie napiwek za godne warunki przetrzymywania.
Multimilioner usłyszał przyjemny szum dobrze utrzymanych mechanizmów, a sekundę później zauważył drona przeładunkowego, raźnie zmierzającego w stronę jego klatki na ośmiu trzyprzegubowych odnóżach. Maszyna budziła niepokój. Nie chodziło o konstrukcję przywodzącą na myśl krzyżówkę pająka z krabem. Multimilioner naoglądał się w życiu podobnych sprzętów i wiedział, że nie są nośnikami śmierci i cierpienia, a kolejnym etapem ewolucji wózka widłowego. Niepokojące było wykończenie maszyny. Typowy przedstawiciel gatunku był żółty, ewentualnie pomarańczowy i uwieńczony światłami sygnalizacyjnymi, tymczasem ten egzemplarz pokryto czarnym jedwabiem, od odnóży po chwytaki. Maszyna uniosła klatkę i wyniosła Multimilionera z magazynu.
Prosto w oślepiające światło reflektorów.
- Panowie, panie... Szanowne osoby o niebinarnej płci... Niniejszym rozpoczynamy aukcję! Informacje na temat pierwszego oferowanego... Obiektu przedstawi moja droga, nowa asystentka!
Multimilioner nie potrafił przypisać głosu do konkretnej osoby, ale chrapliwy, starczy głos brzmiał znajomo. Nic nie widział, ale rejestrował szmer milknących konwersacji, stukot krzeseł i obcasów oraz zapachy, które niedawno nauczył się identyfikować jako wyznaczniki bogactwa: aromat zwierzęcej skóry i drewna, z domieszką cytrusów i delikatnymi nutami perfum, których nazw nie potrafił wymówić, a co dopiero zapamiętać.
- Dobry wieczór! To, co państwo widzicie to, wbrew pozorom, nie jest podstarzały, lekko wybrakowany i okaleczony przedstawiciel dolnych warstw klasy średniej! W każdym razie nie tylko!
Ten głos Multimilioner rozpoznał bez pudła. Należał do Dyrektorki galerii, którą posłużył się na drodze do bogactwa. Spróbował zwyzywać ją od bezdusznych, chciwych kurew, ale wydusił z siebie tylko ciche rzężenie. Musieli majstrować przy jego strunach głosowych. Może to i lepiej. Dyrektorka pewnie wzięłaby obelgę za miły komplement.
- To przede wszystkim człowiek, który przez całe dorosłe życie korzystał z protezy autorstwa Arcymistrza Kowalskiego. Doszczętnie przesiąkł magią rzeczonego, w pełni unikalnego artefaktu! Będąc jego beneficjentem, ale i ofiarą przerósł własne człowieczeństwo, sam stając się niczym innym, jak dziełem sztuki! Tym cenniejszym, że ulotnym! Będzie doskonałym uzupełnieniem dla kolekcji dzieł Arcymistrza, sprawdzi się też w charakterze samodzielnego eksponatu. To jednak nie wszystkie zalety omawianego okazu. Człowiek ten nie tylko korzystał z protezy, ale znał też osobiście jej twórcę! Na gruncie prywatnym, w czasach, gdy Kowalski rozpoczynał dopiero triumfalną wspinaczkę na szczyt Parnasu! Ten człowiek, to swoista skarbnica anegdot i dykteryjek, którymi możecie zachwycać się w samotności, pod kieliszek wina, bądź oczarować nimi gości w trakcie towarzyskiego spotkania. Oczywiście pod warunkiem, że goście nie będą związani z organizacjami zajmującymi się prawami człowieka.
Uczestnicy aukcji odpowiedzieli serią uprzejmych śmiechów.
- Cena wywoławcza, za ten wyjątkowy, ze wszech miar unikalny i przesiąknięty wspaniałą historią okaz to jedyne sto milionów Euro!

gary_joiner 15.07.2022 18:55 86 wyświetleń 0 komentarzy Drukuj

0 komentarzy

Pozostaw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Żadne komentarze nie zostały dodane.

Zaloguj
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.
Zapomniałeś/aś hasła?
Shoutbox
Musisz się zalogować, aby opublikować wiadomość.
FortApache4 dni temu#60707
Na portalu NF "Twarze" tutaj -> https://www.fantastyka.pl/opowiadania...okaz/29069
Komentarze mile widziane.
Pozdrówka. Smile Smile Smile
FortApache6 dni temu#60706
Dzisiaj ukazała się wrześniowa "Histeria", a w niej moje "Twarze".
Tutaj -> http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/
Spokojnej lektury.
Pozdrówka.Smile Smile Smile
FortApache20 dni temu#60699
W wrześniowej "Histerii" kolejne moje opowiadanie, pod wiele mówiącym tytułem "Twarze". Polecam.
Pozdrówka. Smile Smile Smile
Nathien
Nathien24 dni temu#60698
W sumie to nie spodziewałam się nic innego Grin Ale cieszę się, że tu jeszcze zaglądasz i mi odpowiedziałeś :p
unplugged
unplugged29 dni temu#60697
Szczerze, to nie Smile
Aktualnie online
Gości online 6
Użytkowników online 0

Łącznie użytkowników: 795
Najnowszy użytkownik: PrimeAdmin