w Artykuły: Rzeka Zapomnienia - prosiaczek - Herbatka u Heleny

Artykuły



Rzeka Zapomnienia - prosiaczek

Kategoria: hard sci-fi
RECENZENCI POLECAJĄ!

Kategoria: hard sci-fi (scn)
RECENZENCI POLECAJĄ!




Gdyby miał głowę, pewnie odchyliłby ją do tyłu w wyrazie bezbrzeżnej fascynacji. Z bezwiednie uchylonymi ustami i szeroko otartymi oczami wpatrywałby się w głęboką czerń kosmosu, na pozór zimną i bezduszną. Jednak G-13 został skonstruowany inaczej – myśl inżynierska pozbawiła go i głowy, i emocji.

Gdzieś obok przeleciał następny mikrometeoroid. Zignorował go. Przemierzając powoli monochromatyczne poszycie statku, muskał przyrządami pomiarowymi emanacje ciał niebieskich. Promieniowanie było tu znacznie słabsze, stanowiło ledwie namiastkę kosmicznej uwertury sprzed lat, której wspomnienie robot naprawczo-diagnostyczny przechowywał w pamięci podręcznej. Niestety, niewielkiej – mógł wtedy zarejestrować jedynie promil aktywności Alfa Centauri. Lecz G-13 wiedział, że gdzieś w przestworzach kryje się kolejny żółty karzeł. Aby tam polecieć, musiał naprawić usterkę „Viatora”, tymczasem ledwie dryfującego, niczym bezdomna planetoida.

Gdy G-13 dotarł na miejsce awarii, odsunął regulowaną płytę poszycia, po czym ostrożnie przeciął laserem plomby bloczków ochronnych. Odłożył je i włączył latarkę. Snop światła przeczesał skupiska modułów; cienie światłowodów zafalowały wisceralnie. Wsunął w „Viatorowskie” trzewia metaliczne ramiona i prędko znalazłszy przyczynę problemu – przez pancerz statku jakimś sposobem przebił się mikrometeoryt, który zaczopował jedno z gniazd – G-13 wziął się do pracy.

Ciało obce doprowadziło do spięcia pewnego segmentu, zaś uszkodzenia okazały się rozleglejsze, niż przypuszczał, dlatego w przestrzeni kosmicznej spędził szesnaście godzin. Kiedy nasycony kosmiczną wibracją wrócił przez śluzę do swojej komórki, wiedział, że znów czeka go długi okres bezczynności.



***



Huberta ze snu wyrwała pokładowa SI, przekazując wiadomość z Tau Ceti, oddalonej o rok świetlny gwiazdy. „Viator” nie był adresatem niepokojącego sygnału, nie zmieniało to jednak faktu, że mężczyzna podczas tego senczasu nie zamierzał już wracać do krionicznego łóżka. Wszystko miało się teraz zmienić. Statek zwolnił i zaczął się kręcić, wciskając Huberta w grawitację.

Za panoramicznym oknem kokpitu widniała głęboka czerń wszechświata, wystarczyło jednak mrugnąć okiem, aby ujrzeć fantazmaty pyłu międzygwiazdowego. Hubert odchylił głowę do tyłu jak dziecko zafascynowane występem interplanetarnego cyrku. Z grynszpanu powstawała dłoń Demiurga, a długie na setki parseków palce zakrzywiały się wokół burgundowej poświaty nieustępliwie niczym szpony osobliwości z obcego wymiaru. Znów mrugnął, pozbywając się widzenia widmowego, i ponownie skupił wzrok na konsoli sterującej. W półmroku migały światełka, jedne przypominające planety o albedo dziesięciokrotnie mniejszym od ziemskiego, inne jak roziskrzone galaktyczne efemerydy.

Postukał palcami w syntetyczny brzeg konsoli i naraz wzdrygnął się; powoli zaczynał mieć dosyć akustyki statku. Wlepił wzrok w zaznaczoną na mapie galaktyki Tabulę. Wystarczyło ustawić kurs i będą tam za niecałe dwa lata. Oczywiście sama długość lotu nie miała bezpośredniego znaczenia, ponieważ nawet gdyby była dziesięciokrotnie większa, w zamrożeniu nie odczuliby tej różnicy. Chodziło raczej o efekt Linniego, wykoncypowany przez pokładową psycholożkę, Ann Webb, według której sama świadomość potencjalnego wydłużenia hibernacji rodziła głęboką nostalgię, a w konsekwencji mogła prowadzić do buntu.

Przesunął wzrok w prawo, do Tau Ceti, i jeszcze bardziej się zgarbił, jakby z każdą sekundą bardziej świadomy nieuniknionej zmiany predestynacji. A domowa stacja orbitalna była tak blisko… Cóż, będzie musiał porzucić myśli o wspólnym spędzaniu tam czasu z Ann.

– Co sądzisz o otrzymanym sygnale? – spytał pokładową inteligencję.

Kobiecy głos zdawał się docierać zewsząd:

– Rodzi raczej pytania niż odpowiedzi. Jednocześnie nie pozwala na obojętność.

– Trzeba powiedzieć o tym reszcie.

SI milczała.

– Wysłałaś wiadomość do Tabuli?

– Tak.

– Odpowiedź?

– Za pięćdziesiąt sześć dni i czternaście godzin. Zakładając, że zareagują w pierwszym kwadransie od odebrania sygnału. Według mojej najnowszej aktualizacji w Tabuli na dziewięćdziesiąt cztery procent nie ma jednak decyzyjnych organów…

– Mhm.

– …a najbliższa stacja orbitalna Meduzy znajduje się rok świetlny od „Viatora”.

– Nie zamierzam tracić czasu. Jeśli jednak okazałoby się, że te sześć procent…

– Będę czuwać. Co zrobić z zaplanowanymi zleceniami?

Hubert miał je gdzieś. W obecnym kontekście najwyższy priorytet prawie na pewno dostanie Tau Ceti.

– Usuń je.

– Zrobione.

– I przekaż innym Regulatorom.

– Oczywiście.

– A jak nasz zbawiciel?

– Właśnie wraca do śluzy. Zmienić cel podróży i odpalić napęd termojądrowy?

Hubert zerknął na konsolowy zegar. Załoga miała jeszcze dwie godziny senczasu.

– Poczekajmy.



***



Psycholożka Ann Webb nie lubiła zebrań, ale spotkanie w mesie Hubert zarządził ad hoc, a to oznaczało, iż wydarzyło się coś ważnego. Priorytety i te sprawy. Poza tym to pretekst do spotkania.

Zżerana rosnącą ciekawością, stawiła się na miejscu najszybciej, jak mogła, jednak musiała jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Dowiedziawszy się, że właśnie trafiła się jej rola posłańca – Hubert poprosił ją, żeby poszukała Kiyomi, z którą nie było żadnego kontaktu – zdobyła się na przelotny uśmiech, zmełła w ustach przekleństwo i zawróciła na korytarz.

Kiyomi Asai, pokładowa biolożka, mieszkała na drugim końcu „Viatora”, w kajucie niejako wciśniętej w kąt, tuż przed śluzą prowadzącą do autonomicznego modułu. Ann truchtem przebiegła rdzeń statku, ale przy wejściu do jej pokoju na moment zamarła w bezruchu. Dlaczego ta oszołomka wyłączyła radio? Pewnie znowu zajmuje się tymi swoimi dziećmi, chlorofilowymi potworkami.

Ann przełknęła ślinę i ruszyła przez próg żwawym krokiem. Zbyt żwawym, ponieważ niespodziewanie w coś uderzyła. Straciwszy równowagę, z głuchym jękiem upadła na pokład.

Spijające liśćmi żółtawe światło magnetica virgas, fraktalne paprocie, rozłożyste krzewy, purpurowe pnącza cienkie jak pajęcze nici – cała bogata roślinność doskonale wpasowywała się w syntetyczne kąty proste i krzywizny, nigdzie nie napierając na ściany, co najwyżej muskając je lub nieśmiało płożąc po matowych powierzchniach. Kiyomi mówiła „hobby”, ale według Webb, eufemistycznie rzecz ujmując, przypominało to prędzej zboczenie. Według pokładowej inteligencji nie stwarzały jednak zagrożenia, więc koledzy i koleżanki zaakceptowali nietypowy anturaż kajuty numer dwa. Z wyjątkiem Ann, która ledwie zdobyła się na tolerancję.

Kiyomi Asai pojawiła się w całej krasie. Była niska, chuda i żylasta, ze skórą naprężoną jak u czyhającego na ofiarę drapieżnika. Włosy miała w nieładzie, poprzetykana siwymi kosmkami grzywka kładła się tuż nad linią błyszczących, skośnych oczu.

– Przepraszam – powiedziała zmieszana biolożka, wyciągając do Webb rękę. – Nie chciałam.

Psycholożka nie skorzystała z pomocy, wstała sama, obserwując koleżankę, która jakby odklejała się od wystroju kajuty. Zmodyfikowane genetycznie chromatofory stanowiły rudymenty odległej przeszłości, czasów, zanim biolożka wstąpiła w szeregi Meduzy, organizacji regulującej funkcjonowanie setek kosmicznych stacji.

– Powinnaś coś z tym zrobić – powiedziała Ann. Machnęła ręką. – Nieważne. Mamy spotkanie.



***



Piotr Gryko, socjolog zwykle będący wcieleniem spokoju, wystukiwał palcami na stole crescendo. Na słowa pilota ściągnął ciemne brwi w wyrazie stanowczego sprzeciwu.

Hubert zerknął na Ann, jakby sondując jej ustosunkowanie do sprawy, ale psycholożka milczała. Siedziała na stole i powoli, niby z rozmysłem, kreśliła smukłymi nogami koła tuż nad podłogą. Obiektywna jak sama nauka, pomyślał, nagle stęskniony za tymi chwilami, w których jej wrodzona emocjonalność wygrywała z wyuczoną racjonalnością.

– Żartujesz? – Wyrwał go z zadumy Piotr. – Mieliśmy lecieć na Tabulę, a potem w kierunku Alfa Centauri. Nie możesz od tak zmieniać kursu. Mam plany.

– To je przełóż – odparł łagodnie Hubert.

Socjolog z niezadowoleniem pokręcił łysą głową.

– Studwudziestogodzinne sympozjum zrzeszające blisko tysiąc najwybitniejszych naukowców. Jak niby mam to zrobić?

– Pracujesz dla Federacji. Kwestie związane z własnym rozwojem są na dalszym planie.

– Służę profesjonalizmem, który, na Boga, nie bierze się z próżni. Dobrze wiesz. Jak odpuścisz, prędzej czy później wypadniesz z obiegu.

Przemierzająca mesę Kiyomi łypnęła na socjologa czarnymi oczami. Wszyscy chcieli poznać nowy cel podróży, tymczasem Gryko absorbował uwagę pilota jak czarna dziura materię.

– Uspokójcie się – wtrąciła na szczęście Ann. – Na razie nawet nie znamy powodu takiej decyzji.

– Popieram. – Nużran Masimow, medyk i zarazem inżynier, zwalisty mężczyzna o obliczu cherubina i hebanowym kolorze skóry, wyciągnął się na fotelu jak długi, sękate dłonie splótł za głową i leniwie obserwował dyskutantów spod półprzymkniętych powiek. – Tabula jest przereklamowana. Nie mam nic przeciwko, żeby ją pominąć. Tylko gdzie właściwie lecimy? Na inną blisko położoną stację?

Hubert zaprzeczył.

– Odebraliśmy wiadomość.

Piotr teraz stukał knykciami, łup, łup, łup.

– Wiadomość? Skąd?

Hubert uśmiechnął się blado. W tym samym momencie tuż przed nim, niczym rozkwitający pączek, rozłożyła się mapa galaktyki.

– Tau Ceti – wyszeptała Asai, zatrzymując się.

– Cały rok świetlny. – Nużran wstał, zbliżył się do hologramu. – To będzie bardzo długi lot.

– Szesnaście lat – uściślił Hubert, ze splecionymi z tyłu dłońmi okrążając mapę.

Kiyomi objęła się ramionami, jakby zrobiło jej się zimno.

– Zaraz, czy to nie tam budują sferę Dysona? – spytała. – Podobno już mają problemy z projektem.

– Dwa lata temu, jeszcze na Talnuku, też o tym czytałam, o wycofujących się inwestorach. – Ann wpatrywała się w kubek z napojem izotonicznym, jakby w błękitnej cieczy szukając objawienia.

– Pogłoski – mruknął Piotr. – Tam mieszka milion ludzi. To musi się toczyć dalej, samą siłą rozpędu, prestiżu, choćby inercji, obietnicą potencjalnych korzyści, jak nie ci, to inni zapłacą. Sama ewakuacja wyszłaby drożej.

Zamilkli.

Hubert odetchnął w duchu, choć wiedział, że teraz zrobi się trudniej. Każde veto było istotne i choć nie miało formalnej siły sprawczej w kwestii podejmowania decyzji – jeden głos sprzeciwu ich nie blokował – to stanowiło wyraźny sygnał dla reszty zespołu, mogący przechylić szalę na niekorzyść pilota.

– Do rzeczy. Tamtejsza stacja, nomen omen Dyson, wysłała prośbę o natychmiastowe przybycie. Priorytet…

– I zwrócili się akurat do nas – mruknął podejrzliwie socjolog.

Ann przestała bujać nogami, zeskoczyła ze stołu, podeszła bliżej mapy.

– Chwila, przecież nie komunikowaliśmy się z nimi wcześniej, prawda? Kto był adresatem?

– Punkt kontrolny Meduzy. Od nas rok świetlny, od Dysona niecałe dwa lata. Jesteśmy najbliżej stacji i dlatego powinniśmy tam polecieć.

– Zaraz, zaraz – wtrącił Piotr. – Na zmianę planów trzeba mieć pozwolenie.

– Kwestia czasu.

– Czyli zgody jeszcze nie mamy.

– Dostaniemy ją.

– A jeśli nie?

– Za cztery lata każę się wybudzić. Gdyby Meduza uznała, że nie ma konieczności, wycelujemy „Viatora” w kierunku Alfa Centauri.

Gryko miną wyraził głębokie niezadowolenie.

– Tylko wtedy będziemy już zupełnie gdzie indziej, niż pierwotnie mieliśmy. Kto weźmie nasze zlecenia? Kto za nas skontroluje demografię, zajmie się stanem technicznym, oceni rzetelność badań psychologicznych na innych stacjach orbitalnych? Taka niesubordynacja to zjawisko bez precedensu, ale mogę się założyć o każde cholerne pieniądze, nawet o moje terabajty badań, że orzekliby odpowiedzialność zbiorową.

– Czyli nikt nie poniesie konsekwencji – parsknął Piotr.

– Powiedziałem, dostaniemy ją – odparł stanowczo Hubert.

Socjolog prychnął.

– Wróżbiarstwo.

– Statystyka.

– Autystyczny empiryzm.

Hubert nie dał się sprowokować.

– Wiadomość zakodowali najwyższym priorytetem, a więc nie odczyta ich nikt niepowołany. Poza tym do Meduzy dotrze dopiero za rok. W tym czasie na Dysonie może się wiele zmienić. Weź pod uwagę długość dystansów.

– Za zwlekanie też możemy dostać po dupie – poparła Huberta Kiyomi, zatrzymując się przy panoramicznym oknie. – A nasz wielki socjolog chyba nie pamięta dokładnie umowy. W sytuacji zagrożenia kapitan ma prawo podejmować decyzje, o których w normalnych okolicznościach nawet by nie pomyślał.

Hubert uśmiechnął się w duchu. Dobrze wiedział, dlaczego mu pomagała. Tau Ceti e, planeta położona pół jednostki astronomicznej od żółtego karła, rzut beretem od Dysona, w strefie sprzyjającej powstawaniu życia. Potencjalna Nowa Ziemia z trwającym sto siedemdziesiąt trzy dni rokiem i temperaturą od około pięćdziesięciu do siedemdziesięciu stopni Celsjusza. Biolożka miała na jej punkcie obsesję.

– Nie jesteśmy zagrożeni – sprzeciwił się bez pierwotnego rezonu Piotr.

– Mówię o Dysonie. – Kiyomi zaczęła się zlewać z kosmiczną czernią. – Jesteś taki oczytany, a nie wiesz, że Meduza ma w nim udziały?

– Jakkolwiek decyzja musi być jednomyślna i głosowania nie obejdziesz. Kto jest przeciwny, żeby lecieć na tę stację?

Socjolog odchrząknął, zerknął na Ann i Nużrana; nie znajdując u nich wsparcia, spuścił głowę, zamilkł.

– Może znaleźli drugą Ziemię? – przerwała ciszę Kiyomi.

Spojrzeli na nią.

– Ich układ gwiezdny ma na nią dwie kandydatki. Pierwotnie planowano zbadać Tau Ceti e oraz Tau Ceti f.

Poruszyła się, niesforne chromatofory przestały działać; biolożka znów była widoczna.

– Z nieoficjalnych źródeł dowiedziałam się, że na pierwszą wysłali statek badawczy. Niespełnione ambicje związane z Epsilon Eridani, Alfa Centauri… – zawahała się. – Wcześniej nie znaleźliśmy drugiej Ziemi, ale pomyślcie tylko, jakie implikacje…

Zapadła pół-cisza. Gdzieś w trzewiach statku szemrało. Atmosfera rozprężała się.

– Brak działania także jest działaniem – wykorzystał chwilę Hubert.

Nużran, Ann i Kiyomi słuchali. Wiedzieli już, że decyzja zapadła. Nawet Piotr pogodził się z myślą, że nie polecą na Tabulę.

– Mamy skromne dane, ale to wystarczy do wprowadzenia zmian. Nie lecimy nieść pomoc, tylko zrobić rekonesans, zbadać środowisko, ułatwić Meduzie dobranie środków bezpieczeństwa do skali tamtejszych wydarzeń.

Poczuł się jak czarna dziura wsysająca miotające się w coraz ciaśniejszych polach grawitacyjnych gwiazdy, buntujące się gazowe bestie, nie mające jednak dość sił, aby wyrwać się spod niewyobrażalnie potężnego przyciągania.

– To nie jest kwestia wyboru, nie ma żadnej alternatywy. To obowiązek, konieczność, imperatyw. Przygotujcie się na długi sen. Wybudzenie za piętnaście lat.



***



G-13 leżał wciśnięty w sferyczną komórkę. Zapadł w okres bezczynności, co nie znaczyło, że nie mógł w tym czasie analizować zebranych na przestrzeni ostatnich stu lat danych o kosmosie. Pomimo zaawansowanych przyrządów pomiarowych swoje początki pamiętał tylko w pewnym sensie. Podręczną pamięć miał wtedy sto tysięcy razy mniejszą i mógł co najwyżej rejestrować krótkie nagrania sączącego się światła w hangarze stacji orbitalnej. Rozpad atomowych jąder, prowadzący do niezwykle interesującego zjawiska promieniowania jonizującego. Lub mijające się elektrony i w konsekwencji migotliwe emanacje fotonów. Tak, ten świat interesował go wówczas najbardziej.

Gdy się w niego zagłębiał, nie miał jeszcze połączenia z siecią ani tym samym pojęcia o istnieniu zasady nieoznaczoności Heisenberga. Do konkluzji, że nie można jednocześnie wyznaczyć położenia i pędu obiektu kwantowego, doszedł sam. Uczył się. A potem na nowo powrócił do obserwacji makrokosmosu, ponieważ dowiedział się, że gdzieś tam znajdował się obiekt kilkudziesięciokrotnie masywniejszy od Słońca oraz Tau Ceti e.

Gwiazda Wolfa–Rayeta – bo tak określano te międzygwiezdne potwory, będące u kresu swej ewolucji – dawno temu wyczerpała w procesie fuzji wodór i musiała przestawić się na cięższe pierwiastki. W pewnym momencie nawet prawa rządzące kwantowym światem przestaną być wystarczającym zabezpieczeniem przed kolapsem. Cóż, z ekstrapolacji G-13 wynikało, że najbliższa Wolfa–Rayeta właśnie umierała.

A on pragnął to zobaczyć.



***



siedem bilionów kilometrów do Dysona



Kiedy oddech się uspokoił, a targające ciałem powybudzeniowe dreszcze odeszły w niebyt, Hubert jeszcze długą chwilę siedział na brzegu kriokomory, wsłuchany w hipnotyczny poszum statku. Miękkie, sączące się z wielu punktów światło nadawało pomieszczeniu pewnej podniosłości; pilot, nagi i mokry, czuł się jak duchowny tuż po ablucji.

Zmrużonymi oczami wyszarpywał szczegóły przestrzeni, siatkówki bardzo powoli powracały do pierwotnej sprawności. Miał wrażenie, że od kątów prostych i krawędzi rozboli go głowa. Ale to dobrze, mózg powoli znów budził się do życia, świadomość powracała w coraz silniejszych przypływach. Zmienili kurs, przypomniał sobie, patrząc na pozostałe cztery komory, które otworzą się za dwanaście lat; na myśl przywodziły osadzone na katafalkach trumny.

Ostrożnie zrobił krok, stawy zatrzeszczały, drugi, coś chrupnęło, jęknęło – może to statek? Szedł powoli, szukając wzrokiem pod mlecznymi szybami śladu życia, nagle stęskniony za Ann, Nużranem, Kiyomi, nawet za Piotrem, lecz nie widział nic poza kłębami azotu skrywającymi towarzyszy onirycznym całunem.

– Jakieś wiadomości? – spytał SI.

– Tak, ze stacji Novia Meduzy – rozległ się kobiecy głos, a Hubert uświadomił sobie, że nawet za nią się stęsknił. – Przeczytać?

– Nie – odparł po namyśle.

– Wyświetlić?

Opuścił kriosalę i ruszył rdzeniem. Jego stopy cichutko mlaskały.

– Nie, i tak muszę rozruszać kości. To wszystko?

– Jeszcze jedna. Z Dysona.

Mimo trawiącego ciało bólu przyspieszył.

W sterowni usiadł na fotelu przed ledwie tlącą się konsolą i odpalił korespondencję. Oczywiście, że nie mylił się w kwestii Meduzy – dostali zgodę na zmianę kursu; w lakonicznym liście znalazło się nawet miejsce na aprobatę podjętej przez niego odważnej decyzji. Natomiast wiadomość z Dysona była znacznie krótsza i bardziej osobista niż ostatnio. Hubert przeczytał ją raz, zmrużył oczy, przeczytał znowu, przyłożył do ust palce splecionych dłoni.

„Ponownie prosimy o pilne przybycie na Dysona. Odkąd wiele lat temu z Tau Ceti e wróciła ekspedycja, stacja potrzebuje regulacji oraz bliższego rozpatrzenia pewnych kwestii. W tym systemie gwiezdnym jest jakaś osobliwość. Kiedyś już miała miejsce, a teraz zapowiada się na kolejną…”. Wiadomość urywała się w dziwnym miejscu.

Hubert oderwał wzrok od konsoli iw zamyśleniu spojrzał w kosmiczną czerń za oknem.



***



cztery koma siedem biliona kilometrów do Dysona



„Wiemy, że wysłaliśmy prośbę o pomoc zbyt późno. Ktokolwiek odebrał ten sygnał, kiedy już przybędzie na Dysona, musi być przygotowany na wszystko”.

A potem, biorąc pod uwagę prędkość statku, kilka zdań zarejestrowane po sześciu miesiącach:

„Wszystko się zmienia. Czy to dlatego, że nas obserwują? Kim właściwie są…? Muszę to wysłać, zanim zapomnę. Korytarze umierają. Dopóki jeszcze pamiętam, kim jestem. Kim?”.

I najświeższa:

„Lethe, Lethe, Lethe, Lethe, Lethe, Lethe…”.

Pilot ze zdziwieniem odkrył, że wszystkie posiadały inne sygnatury. Albo ktoś wiadomości słał je z różnych profilów, albo pochodziły one od różnych osób.



***



dwa koma cztery biliona kilometrów do Dysona



Hubert skrzesał mrugnięciem fantazmaty pyłu międzygwiazdowego. Kosmos był majestatyczny i piękny.

Dyson milczał.

– Miesiąc temu zlokalizowałam w przestrzeni nietypowy obiekt – zaszumiał w sterowni głos SI. – Poruszał się milion kilometrów na godzinę. Nie wpisuje się w charakterystykę żadnego z ciał niebieskich. Teraz leci dwadzieścia pięć procent wolniej. Prędkość maleje geometrycznie. W tamtejszej części kosmosu nie ma żadnych silnych oddziaływań, więc nie wykluczone, że to obiekt sztuczny, który uruchomił procedure hamowania.

– Próbowałaś się kontaktować?

– Tak, wysłałam sygnał inicjacyjny, ale nie dostałam odpowiedzi.

– Ładunek?

– Brak danych.

Hubert nagle coś dostrzegł. Przez moment nie mógł uwierzyć, lecz kiedy z bijącym sercem zmrużył oczy i maksymalnie powiększył obraz mapy… Dobry Boże, pomyślał zszokowany, kto normalny, z kończącym się paliwem, pcha się w takie miejsce?

– Będziemy musieli tam wlecieć – powiedział cicho.

SI milczała.

Pilot połączył się z siecią. Dwieście tysięcy obiektów o średnicy minimum stu kilometrów – sprawdził.

– Nie mamy innego wyjścia – mruknął. – Trzeba to sprawdzić. Obudź mnie, kiedy już dotrzemy na miejsce.



***



Zwalniając do czterech tysięcy kilometrów na godzinę, wlecieli w dysk pyłowy, w tym miejscu oddalony od Tau Ceti o trzydzieści pięć jednostek astronomicznych.

– Jest niezwykle podobny do Pasa Kuipera – powiedziała SI. – Tylko o wiele gęstszy.

Hubert spoglądał na przyprószoną asteroidami przestrzeń. Żółty karzeł rozjaśniał niewielkie ciała niebieskie niby ledowa lampka kurz. Martwy, ascetyczny krajobraz, monochromatyczne cmentarzysko materii nieożywionej. Pilot nigdy nie widział czegoś tak przerażającego i zarazem niesamowicie pięknego. Przez długi moment patrzył, wodząc wzrokiem od lewej do prawej, zanim spytał:

– Wiesz już, co to jest?

– Moduł ze zmodyfikowanym napędem.

Hubert powiększył obraz z kamer, zaczął szukać obiektu rozbieganym wzrokiem.

– Producent?

– Konstrukcja Dysonowska – odpowiedziała SI.

Czyli to może być każdy i wszystko, pomyślał pilot. Zapytał:

– Sygnatura?

– Brak.

Hubert skrzywił się, nie mogąc przetrawić tych słów. Przybliżył się do wirtualnego obrazu.

– Powiększ – rozkazał.

– Mogę tylko zaznaczyć położenie.

Zerknął na wyświetlacz po prawej. Według dalmierza pół miliona kilometrów.

– Dlaczego? – zdziwił się. – Przecież jesteśmy wystarczająco blisko.

Zafiksował spojrzenie na pulsujących karminowo cyfrach, ścisnął usta w wąską kreskę; odległość nie malała.

– Schował się za planetoidą – wyjaśniła SI. – Zmienić kurs?

– Tak – zdecydował bez namysłu. Uderzenie serca i dodał: – Wybudź resztę załogi.

Nie wiedział, z czym mają do czynienia, i uznał, że wszyscy powinni być gotowi do działania.

– Przygotuj się do zatrzymania statku w odległości pięćdziesięciu kilometrów od obiektu.

Ruszył szybkim krokiem przez walcowaty kręgosłup „Viatora”. Sala krioniczna wyglądała jak zanurzona w złocistej mazi. Metaliczne elementy koncentrycznie ułożonych komór błyszczały matowo.

– Możesz to przyspieszyć? – spytał roztargniony.

– Wybudzanie na granicy bezpieczeństwa.

Hubert usiadł, zaraz wstał, połączył się z intersiecią, sakkadycznymi ruchami oczu przeskoczył między kolejnymi plikami. Na lewej dolnej peryferii ustawił sobie odległość do obiektu; nadal pół miliona kilometrów. W centralnym polu widzenia odpalił sieć ogólną, wmyślił kluczowe słowo w neurobiologicznie sprzężony z mózgiem interfejs i znowu zagłębił się w mitologię. Lethe, jedna z rzek Hadesu, wypicie jej wody powodowało całkowitą utratę pamięci. Dusze musiały to uczynić, jeśli chciały dostąpić reinkarnacji. Hubert zerknął w lewo – obiekt nadal zasłaniała planetoida – po czym sparował słowo-klucz z kosmosem. Droga Mleczna, nad nią rozciągnięta parabolicznie na kilkanaście kiloparseków gromada gwiazd. Strumień Lethe. Rzeka zapomnienia.

Usiadł na schodku, złapał się za skronie, wymrugał na środkowym polu wiadomość sprzed ośmiu lat: „Wszystko się zmienia. Czy to dlatego, że nas obserwują? Kim właściwie są…?”. Cóż to mogło znaczyć? Obserwują? Kto? Jak w nerwicy natręctw pilot co chwilę zerkał w lewo, lecz pulsujące karminowo cyfry pozostawały niezmienne, jakby z jakiegoś powodu pragnęły zachować status quo.

Tymczasem wybudzanie dobiegało końca. Z szelestem bez mała wchodzącym w infradźwięki pokrywy odsunęły się na boki. Wyszli nadzy i wilgotni. Na widok smukłego, sprężystego ciała Ann Hubert poczuł przelotne ukłucie żądzy. Byli zdziwieni, że na nich czekał. Tuż przed dotarciem na Dysona powinni wybudzić się w tym samym czasie. Mimo to gdy kazał im się ubrać i jak najszybciej przyjść do mesy, nie zadawali żadnych pytań.

Pieprzone pół miliona. Polecił SI przesłać obraz planetoidy zasłaniającej tajemnicze ciało. Pokładowa inteligencja zaznaczyła, że musi skompresować obraz, ponieważ inaczej… Nie, Hubert chciał natychmiast. Potylica zamrowiła, nastąpiło sprzężenie z siatkówkami i pilot ujrzał przypominającego rogal szkodnika. Dane z systemu telemetrycznego zakwitły wokół asteroidy niczym aureola. Tysiąc kilometrów skalno-metalowego cielska, plus metan, woda oraz amoniak. Tylko i aż tyle stało na drodze do modułu.

Do mesy weszła Ann. Cerę miała lekko wilgotną, usta blade, włosy jeszcze w nieładzie. Gdy tylko ją zauważył, wyłączył obraz planetoidy. Resztę danych miał ochotę przesłać jej prosto do mózgu, szybko się jednak zreflektował; psycholożka nie posiadała odpowiedniej neuromodyfikacji.

– Spójrz.

Rzucił małą kostkę na połyskujący w trupim świetle stół i w powietrzu zamigotał i powoli ustabilizował się sferyczny obraz. W tym samym czasie do mesy weszli pozostali. Widząc, że Ann czyta, Piotr oraz Nużran zrobili to samo. Kiyomi rzuciła pytające spojrzenie Hubertowi, a kiedy ten wskazał na hologram, przewróciła oczami.

– Czyli nie wiemy praktycznie nic. – Piotr splótł ramiona na piersi. – Poza tym, że to jakiś moduł.

– Naprawdę żadnego kontaktu? – zdziwił się Masimov. – Nawet najmniej zaawansowany moduł musi mieć narzędzia komunikacyjne. A tu nie ma nawet sygnatur.

Asai wzruszyła ramionami.

– Może są zepsute – odparła. – Albo to jakiś ładunek, bez załogi.

– I bez sygnatur? – Gryko zerknął na biolożkę niepewnie. – Wielce osobliwe. Może jednak SI się pomyliła.

Wszyscy wiedzieli, że to mało prawdopodobne. Z drugiej strony…

– Nie, urządzenia telemetryczne działają poprawnie – powiedział po chwili ciszy Hubert. – Dobrze, posłuchajcie. Przechwycenie obiektu za jedenaście godzin trzydzieści dwie minuty. Przygotujcie się. Nużran, miej przy sobie broń. Kiyomi, w razie potrzeby wykorzystamy twoje chromatofory. Spróbuj je dostroić.



***



Niecałe trzy godziny do przechwycenia. Obiekt miał sześćdziesiąt metrów długości i dwadzieścia pięć szerokości. Poruszał się z minimalną prędkością. Właściwie dryfował, w tej odległości muskany już delikatnymi prądami grawitacyjnymi żółtego olbrzyma. Na mniejszym zbliżeniu dostrzegli, że jest otoczony wianuszkiem planetoid. Na większym pozsoatwał niemal cały ciemny, jedynie jego dolny kontur szarzał w świetle Tau Ceti. Widniał na nim napis „Gamma”.



***



Gdy „Viator” podlatywał i następnie, nie przestając się kręcić, łączył z „Gammą”, Hubert, Ann i Piotr w napięciu obserwowali wydarzenia na kamerach. Korytarz tajemniczego modułu spowijał mrok. Kiyomi oraz Nużran, wtłoczeni w ciasne skafandry próżniowe, czekali przy drugiej śluzie gotowi do przejścia na teren obcego obiektu.

– Co tam się dzieje? – Głos biolożki zatrzeszczał na radiu.

Nagle na rejestratorach pojawił się amorficzny kształt. Zadrgał, zafalował, a potem pojawił się w przypominającym jelito rękawie, nabrał stałych konturów; tułów, kończyny, głowa – człowiek, nagi. Okaz allometrii głowy. Leciał zgięty wpół, z rękami złożonymi jak do modlitwy przy wciśniętym między żebra pomarszczonym brzuchu.

Kiedy obcy znalazł się w połowie drogi, zamarł w bezruchu.

– Niech uda się tam G-13 i oceni zagrożenie – polecił Hubert.

– G-13 wciąż naprawia uszkodzenie na powierzchni statku – powiedziała SI. – Wysłać G-14?

Pilot potwierdził, notując w pamięci, żeby później porozmawiać o tym z pokładową.

G-14 przejechał obok Nużrana i Kiyomi, przedostał się przez śluzy. Już w rękawie do modułu omal nie wpadł na dryfujące ciało obcego; w ostatniej chwili wyhamował silniczkami korekcyjnymi i rozpoczął sprawdzanie.

Napromieniowanie: brak.

Infekcje: brak.

Neuromodyfikatory: jeden. Rodzaj: nieoznaczony. Stan: zepsuty.

– Hubert? – znowu Kiyomi. – Słyszysz? Co tam się dzieje?

– To jakiś człowiek – wymamrotał pilot. – Lećcie. Tylko ostrożnie.

Medyk z biolożką minęli pierwszą śluzę, przypięli się do cienkich jak igła linek bezpieczeństwa, po czym ostrożnie przekroczyli drugą; tu grawitacji nie było. Nużran trzymał gotową do strzału broń wygaszającą, Kiyomi przesuwała się tuż za nim.

Medyk delikatnie wpadł na obcego i asekuracyjnie przeskanował go mobil-MEDem.

– Zabieram go do siebie – wychrypiał po chwili.

Chwilę później wszyscy zebrali się przy łożu zabiegowym. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z kobietą. Albo dziewczynką – zaawansowana allometria nie pozwalała jednoznacznie tego stwierdzić: nieproporcjonalnie wielką czaszkę po bokach pokrywał rzadki meszek, a na kości ciemieniowej widniała gęsta siatka popękanych, sino-bordowych naczynek. Na wydatnych kościach policzkowych skóra naciągnięta, wokół cienkich ust pobrużdżona. Tętnica szyjna pulsowała jak po ciężkim wysiłku, powoli się uspokajała.

Z góry osunęła się galaretowata kulka, która jak meduza rozpostarła się nad głową istoty, następnie ją otorbiając. Wielopoziomowe prześwietlenie plus analiza plus wnioski. Dziesięć sekund. Okazało się, że mózg faktycznie jest większy niż u przeciętnego człowieka. Neurony miały grubsze otoczki mielinowe, co pozytywnie wpływało na solidność sygnałów. Komórki glejowe ledwo nadążały z wychwytem wstecznym neuroprzekaźników, skutkiem czego impulsy elektryczne skakały jak szalone.

Istota otworzyła oczy, wzięła głęboki wdech i przeraźliwie szybko odsunęła się pod ścianę. Rzuciła kilka płochliwych spojrzeń, podkurczyła nogi i spróbowała schować między nimi głowę.

– Kurwa – mruknęła przestraszona Kiyomi. – Co to za dziwadło?

Spojrzenie obcej stwardniało.

Hubert dał kilka niewerbalnych poleceń i po chwili z załogi został tylko on i Ann.

– Kim jesteś? – spytał istotę w ogólnym angielskim.

Zero reakcji.

– Słyszysz? – zniecierpliwił się.

Na łokciu poczuł dotyk psycholożki.

– Rozumiem, nie chcesz powiedzieć. – Ann zbliżyła się nieznacznie. – Mogę nazywać cię Gamma?

Obca uniosła głowę, obdarzyła kobietę badawczym spojrzeniem.

– Posłuchaj, chcemy ci pomóc. Musisz nam powiedzieć, dlaczego tu leciałaś.

Podeszła, usiadła na łóżku. Za szybko, zbyt blisko. Hubert podziwiał i zarazem nie pochwalał tej odwagi. Tam, gdzie inni się wahali, Ann nie miała oporów. Bez neuromodyfikatorów, sam instynkt plus rozległa wiedza – tyle wystarczyło, żeby działała błyskawicznie. I skutecznie.

– Sio-ostra mnie wy-ysłała. – Krtań Gammy widocznie zastygła po długim locie. – Powiedziała, że tam nie ma nadziei. Że O-oni są wszędzie…

Hubert wstrzymał oddech.

Ann lekko się pochyliła.

– Oni? Kto?

– Pa-atrzą. Obserwują.

– Dysona?

Gamma potwierdziła głową.

– Patrzą. Obserwują.

– Jacyś ludzie, tak?

Istota zaprzeczyła.

Ann zmarszczyła brwi.

– Nie rozumiem. Możesz wyjaśnić?

Gamma objęła rozczapierzonymi, cienkimi palcami głowę.

– Patrzą. Obserwują.

Dziewczynka zaczęła się bujać jak w chorobie sierocej i przestała odpowiadać na pytania. A potem w kółko szeptała dziwne słowa, od których Hubert poczuł ciarki na plecach.

Mimo starań psycholożki rozmowa utkwiła w martwym punkcie. Ann westchnęła, wzięła pilota na stronę.

– Na razie nic z niej nie wyciągniemy – powiedziała. – Sądzę, że musi odpocząć.

Hubert zerknął do tyłu.

– Boga nie ma – szeptała do siebie Gamma. – Jest tylko nieskończone piekło.

– Zostań z nią – mruknął.

Kiedy wychodził na korytarz, kiedy zatrzymał się przy otwartej kajucie Kiyomi, dostrzegając kątem oka zachłannie rozrośniętą roślinność, a nawet będąc już we własnej kabinie, wciąż słyszał ciepły głos Ann, kontrastujący z pełnym napięcia szeptem Gammy. „Boga nie ma. Jest tylko nieskończone piekło”.



***



Osiem dni od przechwycenia modułu. Tym razem poruszali się nad dyskiem pyłowym, ze znacznie większą prędkością. Hubertowi zaczynał doskwierać impas na statku. Lecieli w swego rodzaju zawieszeniu, z masą pytań i jeszcze większą liczbą mniej lub bardziej przekonujących hipotez. Uparcie nadawali sygnał, wciąż naiwnie licząc na odzew, lecz Dyson milczał jak grób. Wreszcie Hubert uznał, że powinni sprawdzić, co Gamma kryje w głowie. Neuromodyfikator – to jasne. Ale jaki? Być może właśnie gdzieś głęboko w jej mózgu, ciasno upakowane między tkankami, kryło się coś istotnego, coś, co pozwoli wyciągnąć sensowne wnioski dotyczące sytuacji na stacji.

Zgodzili się wszyscy oprócz Ann. Co prawda zdziwił się, kiedy u psycholożki na moment pękła maska profesjonalizmu – przez zmysłowe usta posypały się nabrzmiałe emocjami słowa, w tym parę przekleństw, a gestykulacja dłoni stała się nieprzewidywalna – to jednak nie zamierzał ulegać presji jej szarych oczu.

Nużran przygotował pokładowego chirurga, a potem obserwowali, jak metaliczne ramiona nacinają kość czaszki. Witki manipulacyjne, niewidoczne gołym okiem, zanurzyły się w gąbczastym tworze. Operacja zajęła trzy minuty. Analiza spalonego neuromodyfikatora dwadzieścia sekund. Okazało się, że nie miał indukować lepszego działania struktur, lecz inhibitować zachodzące na poziomie neuronów procesy; innymi słowy obniżać aktywność mózgu. Ale skąd w takim razie tak wielka głowa? Hubert uznał, że trzeba będzie przeprowadzić szereg badań. Być może szukali za daleko; Brzytwa Ockhama i te sprawy.

– Za ile się wybudzi?

– Nawet nie zdążysz wypić kawy – zaśmiał się Nużran.

Pilot skinął głową i wyszedł z sali operacyjnej. Na korytarzu poczuł się nagle zmęczony. Zatęsknił mocno, naprawdę mocno za stacją orbitalną, każdą i jakąkolwiek, głośną, zmienną, dynamiczną, mając serdecznie dosyć pełnego napięcia oczekiwania na „Viatorze”. Czas refleksji jednak szybko minął; jeszcze zanim dotarł do swojej kajuty, medyk powiadomił go, że Gamma już się wybudziła i jest badana.



***



G-13 nie przemierzał monochromatycznego poszycia statku. Stał tak już od dłuższego czasu, wsłuchany w poszum protuberancji oddalonego o siedemdziesiąt milionów kilometrów żółtego olbrzyma. Emanacje gwiazdy pieściły jego układy scalone, wypełniały podręczną pamięć terabajtami miłosnych listów. Niedaleko znajdował się również Dyson. Cudownie milczący, nie jak zanieczyszczająca kosmiczną przestrzeń informacyjnym bełkotem Tabula. Niedługo G-13 będzie musiał otworzyć w nim śluzę. Na razie jednak miał czas. Dlatego stał, zahipnotyzowany szeptem koronalnego wyrzutu plazmy.

Zarejestrował, że od „Viatora” odłączył się moduł podróżniczy. Obiekt prędko zniknął z pola widzenia, mknąc w kierunku Tau Ceti e.



***



W pokoju światło było przygaszone. Ann siedziała na łóżku zgarbiona, ze dłońmi splecionymi między nogami.

– Zabiła się – wyszeptała. – W trakcie rozmowy rozbiła sobie głowę o ścianę. Ten huk… Mówiła, że tam czeka nas tylko śmierć. Nie chciała lecieć.

Spojrzała na niego spuchniętymi oczami.

– Rozumiesz? Wolała się zabić niż tam wracać.

– Wiem, że się boisz, ale nie mamy innego wyjścia. – Hubert usiadł, objął kobietę ramieniem. – Cokolwiek tam zastaniemy, będziemy przygotowani.

Do pokoju wpadła biolożka. Twarz miała spiętą, czoło zroszone kropelkami potu. Oddychała ciężko.

– Wielkie, kurwa, dzięki – warknęła.

– Kiyomi… – zaczął Hubert.

Ruszyła w jego kierunku drapieżnym krokiem.

– Dobry moment wybrałeś. – Nie dała pilotowi dojść do słowa. – Spałam, a moduł, którym mogłam się dostać na planetę, poleciał w pizdu. Co ty, do cholery, sobie, kurwa, myślisz?!

Zatrzymała się tuż przed nim. Hubert wstał, spojrzał jej w oczy.

– Nowa Ziemia, rozumiesz? – Stuknęła się palcami w głowę – Nowa Ziemia!

– Wysłaliśmy robota. Na miejscu wszystko zbada. Będziemy mieli podgląd z kamer.

Prychnęła rozjuszona.

– I to ma mnie pocieszyć?

– Kiyomi, będziesz potrzebna na stacji. Poza tym nie puściłbym cię samej w module, bo to niepotrzebne ryzyko.

Spuściła wzrok, odwróciła się.

– Dlaczego? – spytała ze złością i z żalem.

Ale Hubert miał teraz inne zmartwienia.

– Gamma się zabiła.

Zanim biolożka przetrawiła wiadomość, dodał:

– Przygotuj się. Kiedy zadokujemy, wychodzimy. Piotr zostanie na statku.



***



Dyson z każdą minutą olbrzymiał, najpierw widoczny jako gigantyczny twór siatkowy, potem manifestujący się w postaci romboidalnego okienka ze sterczącymi we wszystkie strony Igłami. Na koniec znikła czerń kosmosu, panoramiczne przeszklony dziób „Viatora” wypełniło metaliczne cielsko stacji. Nawet kłujące kosmos Igły były gargantuiczne, kręciły się wokół własnej osi, wytwarzając siłę odśrodkową; grawitację optymalną dla człowieka.

Dyson, potwór wyrzucony dwa lata świetlne od najbliższej stacji orbitalnej Meduzy. Milionowa populacja, która przestała nadawać sygnał, jakby właśnie wyginęła za sprawą tajemniczego kataklizmu. Hubert głowił się, jak to możliwe, lecz żadne racjonalne rozwiązanie nie przychodziło mu na myśl. Chyba że nie wykryli planetoidy, a ta trafiła ich i… Nie, to bez sensu.

Ruchome miejsce dokowania Hubert obserwował z palącą niecierpliwością. Przelecieli nad rzędem cienkich nadajników, minęli rozłożyste anteny, statek obrócił się wokół własnej osi, majestatycznie, powoli, przez chwilę znów widzieli kosmiczną czerń, i dalej, jak w wir, panele słoneczne, wodorowe płyty… Gdy czujniki buchnęły czerwoną informacją o zagrożeniu kolizją, SI wyhamowała „Viatora”, pomagając sobie silniczkami korekcyjnymi, i przez chwilę nic się nie działo, po prostu dryfowali, gwiezdny plankton, zawieszeni w galaretowatej czasoprzestrzeni, aż wreszcie statek, nie tracąc grawitacji, złączył się z dokiem segmentu mieszkalnego.

Przelatując rękawem, Hubert miał wrażenie, że ten faluje jak żywa istota. Po drugiej stronie okazało się, że śluza powietrzna Dysona ledwie drgnęła, zostawiając im szczelinę, w którą mógłby zmieścić się najwyżej palec. „I co teraz?” Kiyomi nawet nie zdążyło wybrzmieć, gdy wejście otworzyło się. Hubert mrugnięciem oka sprawdził słane ze statku sygnały inicjacyjne. Nic. Żadnej odpowiedzi…

Komora wyrównująca ciśnienie połknęła ich, wcisnęła z powrotem w grawitację; świat zapulsował wściekłą czerwienią.

„Obserwują nas” – przypomniał sobie słowa Gammy.

Dostali z „Viatora” informację, że w tym czasie moduł podróżniczy zaczął wlatywać w atmosferę Tau Ceti e.

Karmin w komorze przeszedł w zieleń, skrzydła drzwi rozsunęły się jak oko dotychczas drzemiącej bestii, rozgniewanej, że ktoś ośmielił się ją obudzić. Za nimi przepastny hol; wyglądał normalnie. Ożebrowany, na górze i po bokach szaro-czarny od industrialnie przysłoniętych płytami wnętrzności, na dole biel o najniższym kontraście. Potem trafili do rozjaśnionej intensywnym światłem hali roślin. Asai mruknęła coś i powoli ruszyła szpalerem hydroponicznych upraw.

Stacja była olbrzymia i Hubert uznał, że najlepiej będzie, jeśli się rozdzielą. Ze względu na nieoszacowane ryzyko samotne przemierzanie Dysona nie wchodziło w grę, dlatego podzielił zespół po dwie osoby. Pary miały kontaktować się co pięć minut. W hali została Kiyomi wraz z Ann. Hubert i Nużran postanowili odwiedzić najpierw habitat mieszkalny.

Niepokoiło, że wszystko działało prawidłowo. Odwiedzając kolejne puste mieszkania, Hubert omiatał pokoje zwykłymi i spektroskopowymi spojrzeniami. Otwarte, niedokończone pliki e-notatników, nieuporządkowane dane wirtualnych chmur i mgiełek, brak śladów emisji cieplnej charakterystycznej dla ludzi. Habitat Dysona stanowił dom już dla pięciu pokoleń, autochtoni żyli w spokoju, aż nagle wydarzyło się coś osobliwego, co zmusiło ich do natychmiastowej ucieczki. Tylko gdzie? W jednym pokoju leciał holofilm, bez głosu, za to grała muzyka, a na jej tle, dobiegający z głębi mieszkania, szumiał odkręcony natrysk.

Dopiero w pokoju numer trzysta siedemnaście pi znaleźli coś, czego tak bardzo się obawiali. Oparta o ścianę siedziała kobieta w kombinezonie próżniowym, z bezwładnie zwisającą głową i ustami lekko rozchylonymi w niemym wyrzucie sumienia. Brzuch wyraźnie powiększony; prawdopodobnie ostatni miesiąc ciąży. Palce lewej dłoni w pośmiertnym skurczu zaciskały się na e-notatniku.

Na podłodze obok leżał injektor. Popełniła samobójstwo, przeszło Hubertowi przez głowę. Nużran podszedł do niej i odpalił uMed. Hubert klęknął obok. Według urządzenia nie żyła od doby. Na piersi miała sygnaturę z akronimem OS.

Pilot wyrwał jej e-notatnik; ekran rozbłysnął słabym światłem. Chciała się dostać do Działu Zarządzania Zasobami Ludzkimi – wyczytał z mapy. Tymczasem uMed potwierdził jego przypuszczenie, że injektor miał w sobie truciznę. Hubert spojrzał na Nużrana i skinął głową.

– Mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje – wyszeptała na radiu Webb.

– Ktoś tam jest? – zaniepokoił się Hubert, wychodząc z pokoju.

– Jakby wszędzie i nigdzie.

– Świat stanął na głowie – mruknęła Asai. – Psycholożka pierwsza dała się zwariować

Dziesięć minut później w jednym z heksagonalnych pokoi DZZL Hubert z Nużranem znaleźli system z zaszyfrowanymi plikami. Mimo prób medyka-inżyniera nie udało się ich otworzyć. Do odkodowania postanowili przesłać je pokładowej. Interesował ich zwłaszcza jeden niewielki dokument, nazwany „Priorytet”.

A potem do pokoju ktoś wszedł.



***



G-13 naprawił śluzę, lecz tym razem nie zamierzał wracać na statek. Czekało go niezwykle ważne zadanie. Będzie pomagał „Viatorowi” zrozumieć wszechświat, obrać optymalną ścieżkę rozwoju. Ewolucja. Choć nie znał tego słowa, gdzieś głęboko w układach scalonych powstawało właśnie tożsame semantycznie z nim wyobrażenie. G-13, milczący mówca, kluczowy pierścień łańcucha łączącego pokładową inteligencją z Demiurgiem.



***



Starzec zatrzymał się tuż pod osiatkowaną lampą. Ruszył do nich chwiejnym krokiem; kraciaste cienie popłynęły przez twarz, przez czoło, do tyłu. Bystre, małe oczy wraz z delikatną linią szczęki oraz lekko uniesionymi do góry kącikami ust nadawały jego obliczu wyraz łagodności.

– Miałem nadzieję, że przybędziecie – powiedział, rozkładając i splatając dłonie. – Jestem Alwin Krüger, przedstawiciel Homo sapiens.

Hubert włączył transmisję, żeby reszta załogi słyszała ich rozmowę.

– A są jacyś nieludzie? – spytał ze zdziwieniem Nużran.

Alwin uśmiechnął się ponuro, zerkając na trzymany przez Masimowa w dłoni plazmotron.

– Musicie zrozumieć, że projekt tak potężny jak Dyson, oddalony od najbliższych stacji o lata świetlne, skazany jest na wiele… sytuacji, których nie da się przewidzieć. Ludzie bardzo się zmienili. Część z nich nie byłaby w stanie z wami rozmawiać. Chodźcie, pokażę wam, dokąd uciekliśmy z tego przeklętego miejsca.

Ruszyli z powrotem w stronę rdzenia, dwa kroki z tyłu za Alwinem, na moment nie spuszczając go z oczu. Starzec opowiedział im o wielkiej migracji, spowodowanej degeneracją części habitatów. Z tej historii wyłaniał się czarny obraz, silna sugestia, że ludzie mogli tylko zarządzić masowe ewakuacje z setek zapadających się pod ciężarem nowotworowych zmian Igieł. Uciekali do innych części stacji, tych jeszcze „niezainfekowanych”. Dyson, podobnie jak wiele stacji orbitalnych, nigdy nie miał jednorodnej struktury społecznej, jednak procesów cyfryzacji oraz neuromodyfikacji ludzkości, które na nim zaszły, nie sposób było przyrównać do niczego innego. Sferę zalała fala fluktuacji, główne drzewo genetyczne mieszkańców przeobraziło się, w jednych miejscach potężniejąc, rozkwitając, w innych zaś obkurczając się, karlejąc, prawie znikając. Zmorfowały nie tylko języki, ale całe aparaty poznawcze ludzi, co doprowadziło do powstania nowożytnej wieży Babel.

Alwin twierdził, że trudno orzec, kiedy rozpoczął się proces metamorfoz, choć znał ich dualną etiologię. Chodziło o ekspedycje; wyprawy na Tau Ceti e niewątpliwie zmieniły ludzkie percypowanie. Oraz o pewne astrofizyczne zjawisko.

– A dokładnie? – spytał Hubert.

Skręcili w korytarz po prawej. Przez kilka uderzeń serca szli w półmroku. Instynkt samozachowawczy kazał Hubertowi uważać. Pilot wyciągnął broń neurotoksyczną, skierował ją na Krügera.

– Nie wiem – odparł Alwin, gdy zapaliło się błękitne światło. – Dowiemy się od przywódców, dopiero po migracji.

Hubert schował broń, odetchnął w duchu.

– A ty już tam nie byłeś? – dopytywał Nużran.

Starzec zmieszał się.

– Musicie zrozumieć, że to nie jest proces skokowy, lecz ciągły. Człowiek musi się przyzwyczaić do życia na mniejszej powierzchni. Byłem w wielu miejscach, ale i tak jestem daleko za przywódcami.

Wyszli do oszczędnie oświetlonej galerii. Po lewej stronie mieli długą na przynajmniej sto metrów szybę, za którą widniała czerń kosmosu i leniwie obracająca się wokół własnej osi sąsiadująca Igła. Po prawej tu i tam łyskały krzywizny wczepionych we wklęsłą ścianę jednostek transportowych. Weszli do najmniejszej, trzyosobowej, w której siedziało się jak przy okrągłym stoliku. Zapadli się w miękkie wyściółki. Hubertowi zrobiło się ciepło, gdy docisnęła go klamra bezpieczeństwa, ale prędko się uspokoił, ponieważ nic nie krępowało mu rąk i dostępu do broni.

Pojazd leniwie ruszył. Zaczął nabierać prędkości. Siedzieli w milczeniu, wpatrzeni w swoje na przemian jaśniejące w świetle i gasnące w cieniach twarze. W trzewiach Dysona metalicznie burczało. „Viator” przesłał wiadomość, że „Priorytet” został odkodowany w czterdziestu procentach.

Jednostka transportowa zatrzymała się na stacji, na końcu której widniały romboidalne drzwi z migającą graficzną reprezentacją sinusoidy. Wygramolili się z siedzeń. Krüger kazał im aktywować hełmy. Nużran posłał krótkie, podejrzliwe spojrzenie Hubertowi.

– Idź pierwszy – powiedział Alwinowi pilot.

Ruszyli w kierunku przejścia, a ich kroki wybrzmiewały dziwnie smutnym echem. Po drugiej stronie drzwi znajdowało się najdziwniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widzieli. Hubert poczuł, że zasycha mu w ustach, a serce zaczyna bić szybciej. Sala była ogromna i dopiero po chwili, rozglądając się i analizując swoje położenie względem różnych punktów, pilot zorientował się w sferycznym charakterze przestrzeni; propriocepcja zawodziła w tym kontekście bardziej niż zmysł wzroku.

Salę obrastały od środka dziwne twory, szalone geometryczne przekształcenia, Escherowskie iteracje, jedne na wpół organiczne, niby rakowe narośl, drugie przypominające powiększone układy scalone. Wysoko na górze w miodowym świetle łyskały częściowo przeźroczyste wstęgi Möbiusa, butelki Kleina i inne topologiczne osobliwości, a za nimi, albo przed – nie dało się tego ocenić z tej odległości – kolejne geometrie hiperboliczne, i kolejne, nakładające się na siebie, przebijające, czasem, w niektórych miejscach, złudnie morfujące w wirujące hipersześciany.

– Habitat przemienienia – powiedział Alwin, przechodząc pod onirycznie pofalowaną arkadą. – Na początku Pierwotni budowali niewielkie pomieszczenia do testów, ale ze względu na koszty i komplikacje związane z ekranowaniem promieniowania prędko postanowili zmodyfikować tarcze magnetosferyczne, zmieniając tym samym całe habitaty w środowiska nowej jakości. Miały odzwierciedlać to, co dzieje się na Tau Ceti e. Niestety manipulowanie tarczami okazało się w praktyce niezwykle trudne i niosło ze sobą zbyt wielkie ryzyko. Dlatego wpadli na pomysł, żeby zrobić to, co widzicie na górze. Oczywiście nie ma żadnej reguły. Na początku habitaty przemienienia co prawda podlegały ścisłym regulacjom, lecz po latach unifikacja w tym względzie przestała istnieć. Wszystko się rozproszyło…

– Jak gatunek ludzki – mruknął Hubert.

Alwin spojrzał na niego z ukosa.

– Tak… Właśnie tak.

Szli przez gargantuiczny matecznik Pierwotnych, w deszczu milisiwiertów, przez krajobraz Duchampowskiego załamania formy. Hubert zastanawiał się, co by się stało, gdyby zostali tu dłużej, bez skafandrów. Wydawało mu się, że w niektórych figurach geometrycznych widzi ludzkie sylwetki, zastygłe jak skarabeusze w żywicy, unerwione bogatą siecią nitek mknących spiralnymi stalagnatami ku sklepieniu.

– Wiele z tych rzeczy – Alwin zatoczył łuk ręką – to kokony szczególnie szalonych Pierwotnych. Hibernowali się i wybudzali w różnych interwałach czasowych, nie mogąc doczekać się zmian.

Tymczasem przyszło pierwsze nagranie z Tau Ceti e, najpierw do „Viatora”, skąd pomknęło prosto na korę potyliczną Huberta. Kiyomi zareagowała frenetycznie. Żeby ją uspokoić, przesłał im zdjęcie Alwina, które podpisał: „Nieznajomy. Na razie lepiej, gdyby się o was nie dowiedział. W kontakcie”, po czym skupił się na filmie.

Widok oddalonego od Dysona o siedemdziesiąt milionów kilometrów krajobrazu zaparł mu dech w piersi. Rachityczne drzewka, płaski skalisty teren, ciemnozielone rośliny o najróżniejszych kształtach i widoczna w oddali woda, prawdopodobnie rzeka, w której odbijały się świetlne zmarszczki-pęknięcia. Żyć nie umierać. Pięćdziesiąt pięć stopni Celsjusza, atmosfera bardzo podobna do ziemskiej, dwadzieścia cztery procent tlenu, siedemdziesiąt pięć azotu. Reszta dwutlenek węgla. Grawitacja dwukrotnie większa niż na planecie matce.

– Dlaczego po prostu nie polecieli na Tau Ceti e? – spytał Hubert.

Alwin skrzywił się z niesmakiem.

– Nasi przodkowie przylecieli tu, żeby budować sferę. Nie zapominajcie o tym.

– Jedno nie wyklucza drugiego – zauważył Nużran.

– Bzdura! – warknął starzec. – Całą energię trzeba poświęcić na Dysona. Czym wobec tak wielkiego i śmiałego projektu naukowego są mrzonki szaleńców?



***



Na drugim końcu Sali Pierwotnych, schowane za dziwnymi tworami, jakby zastygłymi w samym środku szalonych metamorfoz, znajdowało się przejście do części A. Alwin wyjaśnił im, że prawie są na miejscu. Problem w tym, że przejście było obrośnięte jakąś śluzowatą materią i nie chciało się otworzyć.

Nużran podłączył się do interfejsu schowanego obok w ścianie terminala, kilkukrotnie spróbował wymusić otwarcie drzwi, zaklął siarczyście, zbliżył się do nich, wyjmując z kieszeni skafandra podręczny palnik, który przyczepił na środku, ustalił średnicę, odpalił i znowu stanął przy terminalu. Kiedy wpisywał kolejne polecenia, a plazmotron ciął masywne wrota, na radiu odezwała się Kiyomi.

– Hubert, posłuchaj. Dyson wysyłał ekspedycje, których członkowie narażeni byli na silne promieniowanie. Wracali odmienieni, przywożąc rośliny z Tau Ceti e na stację. Najlepsze jest to, że te uprawy nie powstały ze względów estetycznych.

„To znaczy?” – wmyślił jej pilot.

– Od dawna wiadomo, że ludzki organizm w pewnym procencie wchłania informację genetyczną spożywanych rzeczy. Rośliny Tau Ceti e mają osobliwe DNA.

„Doskonale absorbowane przez ludzki organizm?”.

– Na to wygląda. Kiedy się do niego dostaje, z pewnością nie wpływa na szlaki biochemiczne, a już na pewno nie prowadzi do rozrostu ośrodków mózgowych. Ale widocznie chcieli tu zmienić ludzi, dając im do jedzenia rośliny z powierzchni planety. To chore. Oni powariowali. Jezu, gdybyś zobaczył te hodowle. Ciągną się kilometrami.

Plazmotron powoli kończył cięcie obrośniętej tkankami stali nierdzewnej. Dla bezpieczeństwa, podświadomie, Hubert stuknął się w hełm, obawiając się nawet najmniejszej nieszczelności. Wciąż trawił słowa Kiyomi. Nie mógł sobie wyobrazić, jakim cudem jakakolwiek ekspedycja, wróciwszy na Dysona, zdołałaby namówić społeczność do masowego spożycia roślin z obcej planety. Musieli zrobić to raczej po cichu, choć skala przedsięwzięcia była ogromna. Być może przekupili część osób, dziesiątki, nie, setki wspólników potrzebnych do zrealizowania celu. Biorąc pod uwagę słowa Alwina i tę przerażającą salę, bardziej prawdopodobne wydawało się jednak, że Dysonowcy sami tego chcieli.

Wycięty okrąg opadł na drugą stronę z hukiem.

– Nadal nie rozumiem, co się stało, że musieliście uciekać – powiedział Hubert, przechodząc za starcem do skąpanego w matowych półcieniach łącznika. – Dlaczego dopuściliście do takiej sytuacji?

– Sądzisz, że Pierwotni lub Scyfryzowani zmienili się z dnia na dzień? – parsknął. – Nie, w przypadku Pierwotnych za badania nad wpływem promieniowania na ludzki organizm odpowiedzialni byli wybitni specjaliści. Testy przeprowadzali, zachowując maksymalne bezpieczeństwo. Tylko co z tego, skoro nie przewidzieli niepożądanych zmian, a gdy ujawniły się przyczajone wcześniej encefalopatie, potraktowali je jako coś pozytywnego?

– Pozytywnego? – zdziwił się Nużran, przypinając do skafandra palnik. – Przecież każde uszkodzenie…

– Jest taka neurobiologiczna hipoteza, zgodnie z którą czasem potrzebny jest regres, żeby później mógł nastąpić progres. Zgodnie z nią inaczej nie wskoczycie na wyższy poziom rozwoju. Będziecie pełzać u podnóża góry, bezskutecznie szukając jakiejś ścieżki na szczyt. Pierwotni w pewnym momencie utracili zdolność życia społecznego. Ich inteligencja, percepcja, pamięć, emocjonalność… Cholerni fanatycy pozabierali nam statki… Podobnie jak Odległe Siostry.

– Kto? – Hubert zmarszczył brwi.

Alwin zwolnił, żeby pilot mógł się z nim zrównać, po czym spojrzał nań i z dezaprobatą powiedział:

– Kiedy część ludzi zdecydowała się na życie w promieniowaniu, inni z obrzydzeniem się ich wyparli, woląc zachować dotychczasową czystość DNA. Jeden z ich odłamów to właśnie Odległe Siostry. Te fanatyczki genetycznego ascetyzmu dokonały jednej, ale za to niezwykle brzemiennej w skutki zmiany. Pragnąc odciąć się od Pierwotnych, w pewnym sensie się wysterylizowały, przestawiły bowiem sposób rozmnażania na partogenezę.

Hubert przypomniał sobie martwą kobietę. Na myśl, że popełniła samobójstwo z powodu dzieworódczych komplikacji, zrobiło mu się słabo.

– A Scyfryzowani? – przypomniał sobie.

Alwin uśmiechnął się tajemniczo.

– Ich jeszcze trudniej klasyfikować.

W pasażu transportowym weszli do jednej z wind. Alwin wcisnął coś na ścianie i ruszyli, głębiej i głębiej w trzewia potwora.

– Niektórzy łączą się z siecią kompletnie – kontynuował – odcinając się w ten sposób od ciał. Są i tacy, którzy porzucają cielesne powłoki na kilkadziesiąt godzin, na przykład w jednostkach transportowych. Kolejni kopiują umysły do habitatów sieciowych i prowadzą potem podwójne egzystencje. Przedstawiam wam podziały, ale tak naprawdę nie da się postawić granicy. Mamy nawet przypadki cyfryzowania się Pierwotnych.

Nawet nie wyczuli, jak winda się zatrzymuje. Drzwi bezszelestnie się rozsunęły i ujrzeli głęboką czerń. Hubert już chciał włączać latarkę, ale salę nasączyło rdzawe światło. Odbijały je z turpistycznym wyrzutem długie rzędy prostokątnych urządzeń. Na ścianach po bokach oraz na górze łyskały czerwone punkciki.

– Czasami cyfryzacja wkracza na ścieżkę ostateczności – powiedział Alwin, rozkładając szeroko ramiona i wchodząc w syntetyczny szpaler. – To jedyne słuszne rozwiązanie. Część Homo sapiens służy Emulowanym, wciąż budują Sferę Dysona, choć pracę tę wykonują głównie roboty.

Hubert z rosnącym niepokojem przyglądał się mijanym sarkofagom; były podobne do krikomór „Viatora”, choć nie miały przeźroczystych szybek. Pilot nie wiedział, jaka może być ich rola. Nużran w tym czasie znalazł osobliwy interfejs. „Sprawdzę, co tu mają” – wmyślił pilotowi.

– Decydując się na migrację – w głosie Alwina pojawiła się ekscytacja – ludzie początkowo woleli zachować możliwość powrotu. Miały to zapewnić inkubatory. Musicie zrozumieć, że na Dysonie nie ma innej możliwości. Migracja to konieczność. A ja jestem tu po to, żeby was przenieść.

Hubert dotknął palcami broni.

– O czym ty mówisz?

Alwin odwrócił się do niego z troską na twarzy. Mówił z przejęciem i głęboką wiarą:

– Nie proszę o waszą zgodę. Jestem jednym z Łączników. Od lat wyszukuję na stacji zbłąkanych osobników. Namawiam do przejścia, daję lepsze życie. Ludzie, nawet Pierwotni, jeśli nie są zbyt zdegenerowani, przechodzą na drugą stronę. Wszyscy bez wyjątku. Przecież nie chcecie żyć w tym upadłym świecie. Nawet jeśli nie zginiecie, nawet jeśli uda wam się zasymilować z Pierwotnymi, nie czeka was nic prócz bolesnego regresu.

Hubert odwrócił się do stojącego kilka metrów za nimi Nużrana. Medyk wciąż coś sprawdzał. Pilot wiedział, co pomyślałby o tym kolega.

– Nie chcemy żyć w upadłym świecie – powiedział, posyłając twarde spojrzenie Alwinowi. Miał wciąż włączone radio wyjścia, żeby Ann, Kiyomi i Piotr mogli wszystko słyszeć. – Nie chcemy też się z nikim asymilować.

Krüger rozłożył ramiona w pokojowym geście.

– Jeśli boicie się umysłowej unifikacji, egzystencji kolektywnej, zatracenia tożsamości, to niepotrzebnie. Emulowani stanowią zarazem dzieloną i indywidualną psyche.

Hubert czuł, jak pocą mu się dłonie. Pokręcił głową.

– Nie macie żadnych przesłanek na temat opłacalności wybranego kierunku rozwoju. Nie wiecie nic o skutkach ubocznych. Działacie na ślepo, podobnie jak Pierwotni. Uprawiacie chorą ideologię, która doprowadzi do całkowitego upadku Dysona.

Oczy Alwina zapłonęły czystym gniewem.

– Nic dziwnego, że Emulowani nie chcieli wzywać pomocy. Dyson będzie rozrastał się dalej, ze statkami czy bez nich. A ty… Ty… – Mówił czerwony na twarzy, z przekrwionymi oczami, łapiąc z trudem oddech. – Umysły łączą się, wchodzą na kolejny szczebel drabiny ewolucyjnej, utożsamiają ze Sferą, a ty masz czelność twierdzić, że to błąd, chora wizja? – Zbliżył się i Hubert usłyszał jego rozgorączkowany oddech. – Czy koncepcja otaczającej gwiazdę post ludzkiej zbiorowości może być sztuką dla sztuki? Tu jest nasz nowy dom, sami go stworzymy! – Żachnął się. – Nie ma sensu szukać kolejnej zamieszkiwalnej planety. To ideowy archaizm, bubel, zafiksowana w społecznej świadomości utopia! Ludzkość już nie potrzebuje wody ani jedzenia, będzie żywić się światłem gwiazdy, będzie ewoluować dzięki promieniowaniu. Tau Ceti otwiera nowe możliwości, daje nadzieję na świetlaną przyszłość, wyznacza wektory ludzkiego rozwoju.

– Za pomocą przymusu – odparł Hubert. – Wprowadzacie dyktaturę ultymatywną. Nakazujecie wybór jedynej słusznej ścieżki według was, a zatem ograniczacie wolność.

Krüger odsunął się dwa kroki do tyłu.

– Mówisz nieprawdę. Nikogo nie zmuszamy do migracji. Chcemy dotrzeć do ludzi siłą argumentów, przekonać ich, że życie po drugiej stronie jest lepsze, pełniejsze.

– Wciąż tu jesteś – zareplikował Hubert.

W oczach Alwina coś błysnęło.

– To prawda, lecz Emulowani pozwolili mi ujrzeć cząstkę swojego świata. Podłączyłem się… Gdybyście widzieli… Ludzie od zarania dziejów marzyli o poznaniu prawdy, a migracja daje tę szansę, pozwala zrozumieć kosmiczne prawa dokładniej, zgłębić naturę procesów zachodzących w jądrach gwiazd. Przejście jest jedynym rozwiązaniem.

– Nie wy o tym zdecydujecie. – Hubert nie spuszczał wzroku ze starca. – Wrócimy na najbliższą stację Meduzy. W międzyczasie wyślemy do zarządców informację, co tu się dzieje. Jeśli przybędą i zaakceptują obecny stan rzeczy, będziecie dalej się rozwijać. Jeśli nie… – w niedopowiedzeniu kryła się groźba.

Alwin przez moment milczał. Może trawił słowa Huberta, może kontaktował się z Emulowanymi. Kiedy się odezwał, w jego oczach coś zgasło, jakby stracił nadzieję.

– I tak byście sobie nie poradzili.

Nużran, do tej pory wciąż kombinujący coś przy interfejsie, jęknął, zadygotał i z głuchym hukiem upadł na podłogę, po drodze uderzając głową o toroidalny bok inkubatora. Hubert podbiegł do niego, sprawdził puls, przysunął ucho do ust kolegi; ledwie wyczuwalny szmer.

– Spalili mu mózg – powiedział ze smutkiem Alwin. – Będzie żył, ale co to za życie? Nie chciałem tego, lecz spotka to każdego, kto nie wyjdzie naprzeciwko rozwojowi.

Hubert, myśląc o Ann, podniósł plazmotron zamordowanego kolegi i biegiem rzucił się w kierunku habitatu przemienienia.

– Oni są wszędzie! – krzyczał za nim Alwin. – Dyson cię widzi! Nigdy stąd nie uciekniecie! Słyszysz? Słabi i nieprzystosowani umrą! Jak zbuntowani ludzie, jak Pierwotni! Słyszysz?!

Pilot przekazał Ann i Kiyomi, żeby jak najszybciej wracały na statek, lecz kobiety nie odpowiadały. Wywołał Piotra – cisza. Zaklął w duchu, wpadając do pasażu transportowego jak pocisk, i dalej, kierowany odruchem, prosto do jednej z akurat otwierających się wind. Dopiero gdy bezszelestnie zamknęły się za nim drzwi i ta powoli ruszyła, zdał sobie sprawę z popełnionego błędu.



***



G-13 usuwał z „Viatora” ostatnie elementy kompozytowego poszycia. Stanowiły przeszkodę dla promieniowania kosmicznego i z jakiegoś powodu były zamontowane na statku akurat w tych miejscach, w których nie powinny. Najwidoczniej ktoś popełnił błąd – przeszło przez krzemenowe układy scalone robota. Teraz jednak, kiedy skończył pracę, pomy

prosiaczek 24.03.2021 16:41 250 wyświetleń 3 komentarzy Drukuj

3 komentarzy

Pozostaw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Bohdan
    To najlepsze opowiadanie, jakie czytałem od dawna. Iście Lemowska narracja, choć przypuszczam, że gdyby Asinov żył w naszych czasach, to również pisałby w podobnym tonie. Tekst jest świetnie rozplanowany od początku do końca i pomimo, że długi, to zupełnie nie nuży, a wręcz przeciwnie, coraz bardziej wciąga. Czytelnik czeka z niecierpliwością, co się dalej wydarzy. Ocena musi być wysoka. Zastanawiałem się i wyszło mi 9,5. Zaokrągliłem do 10. Brawo!
    - 25.03.2021 18:09
    • Sally
      Sci fi, takie klasyczne. Takie na osiem. Czyli coś, co tygrysy w pewnym wieku, wychowane na Lemie i serii o Obcym powinny lubić najbardziej. A jednak, będąc przysłowiowym tygrysem, mam co do tego tekstu mieszane uczucia. Być może dlatego, że znając autora spodziewam się więcej (bo wiem kto jest autorem i gdzie wcześniej ukazał się tekst). Inaczej mówiąc, bardzo podobało mi się rozwiązanie zagadki, ale nie powiem, bym czytała ten tekst z wypiekami na twarzy. Choć oczywiście dopuszczam możliwość, że czegoś nie zrozumiałam albo zrozumiałam opacznie a tekst zasługuje na dziesiątkę - jeśli tak, to przepraszam.
      Początek z robotem intryguje. Potem zaś mamy sygnał SOS z odległej kolonii, co, jak wiadomo od czasów ósmego pasażera zwiastuje tragiczny koniec ratowników, no i, w tej materii od końca lat siedemdziesiątych nic się nie zmieniło. Nie będę się czepiać, bo sama sięgałam po ten motyw, jak jeszcze miałam czas i chciało mi się pisać, ale ujmę to tak - zaskoczenia w finale nie było. Może zresztą autor go nie planował.
      Potem mamy naradę załogi. Załoga jak załoga, nie wszyscy muszą być oczywiście charyzmatycznymi indywidualnościami, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dwie postaci kobiece są bardziej charakterystyczne i interesujące niż mężczyźni i tym bardziej szkoda, że w pewnym momencie znikają jak kamfora. Panowie Piotr i Hubert mylili mi się ze sobą. Do tego stopnia, że w gdy Piotr spotkał w finale robota, przeżyłam chwilę konsternacji - jak on wrócił na statek ze stacji? Tak, wiem, być może to wina nieuwagi, lecz że to nie pilot załapałam dopiero za moment. Co do medyka/inżyniera, to odniosłam wrażenie, że zginął, bo miał zginąć i tyle, nie przywiązując czytelnika do siebie. Natomiast biolożka byłaby naprawdę intrygującą postacią, ale jakby jej potencjał nie został do końca wykorzystany.
      Badania na stacji - tu trochę pójście na skróty, czyli odkodowanie pliku o priorytetowym znaczeniu i spotkanie Alwina, który, mam wrażenie, pojawia się po to, by wyłożyć kawę na ławę. Ogólnie odkrycie, co spotkało mieszkańców Dysona, poszło dość szybko i w tym momencie po raz pierwszy pomyślałam, że ten tekst to skrócona wersja czegoś innego, że czytelnikowi nie pozostaje nic innego jak prześlizgiwanie się po fabule, zamiast głębokiego drążenia i rozwiązywania zagadek wraz z bohaterami. Że nie wciąga tak jak mógłby wciągać i nie wywołuje emocji takich, jakie mógłby wywołać. Wizyta w takim miejscu powinna wywoływać ciary na plecach, a żadnych nie poczułam. Ale oczywiście, może być to moja wina.
      Jeszcze dwa słowa o stylu: nieco teatralne opisy z wyszukanymi słowami sąsiadują z oszczędnymi dialogami, co oczywiście nie jest niczym złym, ale czasem coś czytelnika zatrzyma na dłużej, coś na granicy przekombinowania. Na przykład spetryfikowana modlitwa czy turpistyczny wyrzut.
      Na bardzo duży plus - to, jak gwiazda wpływa na swoje otoczenie i jak stymuluje ewolucję ludzi i maszyn.
      Tak jak pisałam - zostawiam ósemkę, bo pomimo tych zastrzeżeń ten tekst i tak jest o niebo lepszy od wszystkiego, co ostatnio pojawia się na HuH.
      - 07.04.2021 00:05
      • Helena Chaos
        Na początku przepraszam, że znowu napiszę Ci o wtórności (choć w trochę innym sensie), ale gdyby się dopatrywać genezy, to wszystko przez to, że bardzo lubię Twoje teksty i mocno zapadają mi w pamięć, dlatego machinalnie nasuwają mi się podobieństwa między nimi. Tym razem bardzo szybko doszlam do wniosku, że ten tekst to druga, rozszerzona i zmodyfikowana wersja "Spetryfikowanych". Nie lepsza, nie gorsza, ale z akcentami w innym miejscu. Tam nacisk położony był na emocje, tu na ideologię. Ale podobieństwa widoczne są gołym okiem.
        Muszę zaznaczyć, że hard sci-fi to nie jest mój język ojczysty, ale lubię i podczytuję. Tutaj momentami czułam się za głupia, ale nie sądzę, żeby wprawieni czytelnicy podzielali moje problemy. Aczkolwiek wynikały one bardziej z terminologii niż kwestii technicznych, czy fabularnych. Mówiąc prosto - miałam wrażenie, że niektóre fragmenty pisane są ze słownikiem terminologi fachowej w ręce. Że nawet specjaliści tak nie mówią. Albo nawet, że niektóre miejsca specjalnie zawikłałeś narracyjnie, żeby tekst wydawał się "mądrzejszy". Ale, jak pisałam wcześniej, ja w hard sci-fi dalej czuję się jak gość z innego państwa.
        W pierwszej częśći, tej z załogą, miałam dziwne uczucie, że tekst jest trochę porwany, taki w stylu teledysku. Że trochę za szybko skacesz po scenach, które proszą się o dopowiedzenie. Że nie dajesz czytelnikowi nawiązać emocjonalnej więzi z bohaterami, bo chcesz jak najszybciej przeskoczyć do sedna. I że wszystko przed tym to tylko pretekst, dla zaprezentowania idei "rzeki zapomnienia". I tak, jak zazwyczaj w warstwach psyc
        hologicznych jesteś mistrzem, to tutaj ta warstwa jest potraktowana jakby po macoszemu...
        Mimo powyższych problemów lektura nadal była przyjemnością, choć może nie jakoś specjalnie zaskakującą. Ciężko też powiedzieć, żebym ją przeżywała, ale to chyba właśnie wina tego, że spodziewałam się zakończenia w stylu "Spetryfikowanych". Za to samo rozwiązanie zagadki śledziłam z dużym zainteresowaniem, takim bardziej w typie interesujacego filmu dokumentalnego.
        Bez wyrzutów sumienia zostawiam osiem, bo pomimo tych małych mankamentów to nadal solidne i interesujace opowiadanie, które zdecydowanie warto przeczytać.
        - 19.04.2021 11:39
        Zaloguj
        Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.
        Zapomniałeś/aś hasła?
        Shoutbox
        Musisz się zalogować, aby opublikować wiadomość.
        FortApache4 dni temu#60707
        Na portalu NF "Twarze" tutaj -> https://www.fantastyka.pl/opowiadania...okaz/29069
        Komentarze mile widziane.
        Pozdrówka. Smile Smile Smile
        FortApache6 dni temu#60706
        Dzisiaj ukazała się wrześniowa "Histeria", a w niej moje "Twarze".
        Tutaj -> http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/
        Spokojnej lektury.
        Pozdrówka.Smile Smile Smile
        FortApache20 dni temu#60699
        W wrześniowej "Histerii" kolejne moje opowiadanie, pod wiele mówiącym tytułem "Twarze". Polecam.
        Pozdrówka. Smile Smile Smile
        Nathien
        Nathien24 dni temu#60698
        W sumie to nie spodziewałam się nic innego Grin Ale cieszę się, że tu jeszcze zaglądasz i mi odpowiedziałeś :p
        unplugged
        unplugged29 dni temu#60697
        Szczerze, to nie Smile
        Aktualnie online
        Gości online 10
        Użytkowników online 0

        Łącznie użytkowników: 795
        Najnowszy użytkownik: PrimeAdmin