w Artykuły: Podróż Margaret - Sally - Herbatka u Heleny

Artykuły



Podróż Margaret - Sally

Kategoria: science fiction
RECENZENCI POLECAJĄ!

Kategoria: science fiction (scn)
RECENZENCI POLECAJĄ!




Drżenie, w które wprawiały bazę silniki startującego promu, wreszcie ustało. Wahadłowce z zaopatrzeniem rzadko tu trafiały. Pomarańczowy karzeł o wdzięcznym imieniu Solaris leżał daleko od uczęszczanych międzygwiezdnych szlaków, a księżyce Tichego, drugiego z obiegających go jowiszowych gigantów, nie należały do tak skolonizowanych, jak satelity Pirxa. Na Vliperdiusie, ósmym z piętnastu księżyców Tichego, diabeł mówił dobranoc.
Posegregowali ładunek zgodnie z przeznaczeniem, sprawdzili każdy element dostawy, po czym ślamazarnie, ale bez jednego zbędnego słowa roznieśli wszystko w odpowiednie miejsca. Małgorzata, okrywając się wysłużonym pledem, śledziła ich otoczona olbrzymim ekranem w sali konferencyjnej. Podzieliła go na mniejsze kwadraty, z których każdy przeznaczyła na jedno pomieszczenie, by nic jej nie umknęło. Zawsze lubiła porządek, a na jesieni życia ceniła go bardziej niż kiedyś.
– Dostarczyliśmy gościa do ambulatorium. – Z głośników popłynął głos Kazika. – Rozpakować, Gosiu?
– Tak – odparła. – Sprawdźcie też stopień naładowania ogniw. Jeśli trzeba, podłączcie do uzupełnienia, ale nie inicjujcie wybudzenia. Zaraz tam przyjdę. Ach, i jeszcze jedno, Kaziu – dodała: – Posprzątaj mi ten burdel po rozładunku, żeby Tomek znowu nie przewracał się o puste skrzynie, jak ostatnim razem!
„Zaraz” w jej wieku nie oznaczało szybkiego przybycia. Najpierw kilkoma ruchami drżących dłoni powiększyła tę komórkę ekranu, na której widniało ambulatorium bazy. Kuśtykając po korytarzach, straciłaby ten widok, a tak mogła być świadkiem, jak podopieczni rozszczelniają skrzynię, zdejmują wieko, demontują zabezpieczenia chroniące zawartość przed przemieszczaniem się w transporcie, a potem ostrożnie przenoszą na stół operacyjny postać, zwiniętą w kłębek niczym młode kocię.
Kogoś, kogo Małgorzata będzie mogła ukształtować od podstaw.
• • •
– Naładowana? To ją odłącz. – Zmęczona drogą do ambulatorium, z ulgą zajęła miejsce w lekarskim fotelu, który specjalnie dla niej przynieśli z gabinetu i skinęła głową, gdy Kazik okrył jej nogi kocem. – Podaj mi kość rozruchową. A wy się wynoście. Wystraszycie ją. Wyglądacie jak… chodzące trupy. Bo przecież nie żywe, do tego trzeba mieć w sobie trochę ikry!
Machnęła laską na dwa automaty sterczące za przejrzystą taflą ściany. Nie wykonały polecenia, jakby go nie usłyszały, choć przejście do gabinetu pozostawało otwarte. Wygląd Tomasza zdradzał, że poskładano go z części różnych maszyn: jego głowa, pozbawiona imitacji twarzy, przypominała czaszkę kościotrupa, a metalowy kościec oplatały niczym nie osłonięte przewody. Bardziej zaawansowana Marta przypominała raczej ruchomego sklepowego manekina niż kobietę.
– Czy ona jest człowiekiem? – spytała.
Małgorzata w odpowiedzi przewróciła oczami. Nawet Kazik stał jak słup soli i gapił się na gościa. Czasy, kiedy należał do nowoczesnych modeli, dawno minęły. Serwisowała go sumiennie, póki zdrowie jej pozwalało. Czasem tylko wyrzucała sobie, że przesadziła z serwisowaniem jego umysłu. Podniosła laskę i szturchnęła go końcówką. Dopiero wtedy Kazik się ożywił. Odwrócił się i spojrzał na Małgorzatę wyblakłymi oczami zramolałego androida.
– Woda dziś zimna, proszę pani – powiedział. – Mam podgrzać zupę?
– Nie. Odłącz zasilanie i podepnij bazę. – Znów uniosła laskę i, celując w brzuch, pchnęła go w stronę dawnego stołu operacyjnego z leżącą postacią. Obserwowała, jak odpinał z portu za prawym uchem gościa jeden z kabli zwisających z sufitu. Wypuszczony z jego dłoni przewód cofnął się z sykiem w górę, pozostając na wyciągnięcie ręki. – Bazę! – podniosła głos widząc, jak Kazik chwyta nie ten przewód co trzeba, a potem poleciła: – Wynoście się wszyscy. Idźcie sprzątać. Tylko dokładnie, bo sprawdzę!
Gdy mieszkańcy bazy opuścili ambulatorium, sięgnęła do kieszeni kamizelki po małą, czarną płytkę palmboxa i wpięła do niej kość rozruchową przesyłki. Nad urządzeniem wykwitł wirtualny ekran, trząsł się jednak mocno w drżącej dłoni, więc staruszka położyła płytkę na kolanach.
Ustanowiła bezprzewodowe połączenie z komputerem androida. Odebrała dane identyfikacyjne, raport zgodności i raport stanu. Wygasiła program kształtujący, prowadzący mniej obeznanych użytkowników przez konfigurację osobowości; tym zajmie się później. Przeszła do ustawień zaawansowanych, szukając języka. Nie znalazła polskiego w standardzie. To nic, zostały jej pliki po poprzednich androidach. Dodała najpóźniejszy, choć wcale nie najnowszy, a po nim wgrała gościowi starannie wyselekcjonowaną bazę danych. Gdy program instalował i dopasowywał engramy przetworzone na elektroniczny zapis, ucięła sobie drzemkę. Zbudził ją pisk, sygnalizujący powodzenie procesu.
Zerknęła na wielki, analogowy zegar pod sufitem: pakiet wspomnień, wiedza i doświadczenia wybrane specjalnie dla gościa skurczyły się do trzech godzin transmisji danych. Nadeszła pora na pliki z konfiguracją osobowości; fakt, że od tak dawna czekały na nowego właściciela, przepełnił Małgorzatę smutkiem.
Dopiero gdy wgrała wszystkie ustawienia charakterologiczne, unikalnym kodem, dołączonym do przesyłki, zainicjowała rozruch maszyny i zmianę trybu zasilania z ogniw na biologiczne. Z początku nic się nie działo. Długo czekała cierpliwie, ale w końcu znowu zmorzył ją sen, tym razem głęboki i pełen majaków. Śniła ten sam koszmar, który nawiedzał ją od lat.
Umierała w oceanie. Światło pomarańczowego karła nie przenikało przez grubą lodową skorupę powierzchni księżyca, ale jeśli uruchomiło się odpowiednią aplikację, nakładka na wizjer symulowała w oddali kontury trzech szczytów Trójkąta Vliperdiańskiego. Batyskaf opadał w głębiny, choć zmuszała maszynę do coraz większego wysiłku. To nic, że to nie było jej wspomnienie. Nie przeszkadzało to Małgorzacie przeżywać we śnie przerażenia, gdy cichł szum wentylatorów, gasły lampki kontrolek, a z pradawnego oceanu zaczął sączyć się mróz. I każdy oddech wywoływał ból.
– Zimno! – jęk wybudzonego androida wyrwał Małgorzatę z koszmaru. – Jak zimno!
Zatrzęsło nią, jakby upadła z wysokości. Palmbox z wygaszonym już ekranem zsunął się z kolan na podłogę. Uniosła powieki: dygocąca androidka najnowszej generacji, nieodróżnialna od człowieka, siedziała na stole operacyjnym, przyciągając nogi do piersi i próbując rozgrzać dłońmi bose stopy. Cienki materiał ochronny, którym było powleczone jej ciało, nie dawał żadnego ciepła. Wciskając brodę w szczelinę między kolanami, wpatrywała się w staruszkę szeroko otwartymi szarymi oczami. Małgorzata pochyliła się, z wysiłkiem wymacała leżącą na podłodze laskę i podniosła się z fotela, by narzucić koc na plecy gościa.
– Witaj w „Hermaszewskim”, Margaret – powiedziała.
• • •
– …Instytut wycofał się z projektu i wystawił stację na sprzedaż. Kupiły ją te pazerne dranie z Harris Life Support Systems. Chyba myśleli, że zrobią z tego jakąś zasraną atrakcję turystyczną. Że niby ta dziupla to świadectwo i pamiątka pionierskich lat eksploracji Vliperdiusa, trzeba ją zachować dla przyszłych pokoleń, takie pieprzenie. – Małgorzata, stukając laską, powoli pokonywała główny korytarz bazy, a Margaret wlokła się za nią. Staruszka wskazała ruchem głowy na popękaną okładzinę ścian. – Ale jak widzisz, nawet nie zaczęli inwestować w swój nabytek, o wszystko trzeba się wykłócać. Na kogoś takiego jak ty czekałam dziesięć tichiańskich lat.
Androidka skinęła głową. Dostała w spadku ludzkie wspomnienia, ale nie wszystko z nich zrozumiała. W końcu były to migawki z cudzego życia i nie wiedziała nawet, z czyjego. Im bardziej starała się je uporządkować, tym mniej do siebie pasowały. Właściwie nie było nawet pewne, czy pochodziły od jednej, czy wielu osób.
– Dokąd idziemy? – spytała.
– Zjedziemy pod powierzchnię. – Małgorzata oparła się na przedramieniu podopiecznej i wskazała laską na windę w centrum bazy.
„Hermaszewski” składał się z dwóch poziomów: górnego, rozlokowanego na powierzchni księżyca i dolnego, zanurzonego w wewnętrznym oceanie. Łączył je szyb, biegnący przez kilometry lodu. Gdy tylko Margaret rozsunęła zabezpieczającą kratę i otworzyła drzwi, ujrzała stare krzesło, pozostawione w rogu wagonika.
– Kazałam Kazikowi postawić je dla mnie. – Małgorzata wgramoliła się do windy, niemal potykając się na progu, i od razu usiadła. – Strasznie tym starym pudłem trzęsie. Zawsze trzęsło.
Margaret skinęła głową, zasunęła kratę i zamknęła drzwi. Potem, machinalnie sięgając dłonią, nacisnęła odpowiedni przycisk i winda z hurkotem pomknęła na dół.
– Dobrze. – Staruszka skinęła głową z zadowoleniem i ponownie podjęła opowieść: – Przez bazę w ciągu tych lat przewinęło się wielu naukowców. My z Piotrem przybyliśmy tu w jednej z ostatnich takich grup. Kilka lat później Instytut zamknął projekt, bo nie znaleźliśmy tu nawet jednej bakterii. – Zrobiła pauzę. – Stacja opustoszała, ale kilkoro z nas zostało. Niektórzy na zawsze.
Margaret przekrzywiła głowę.
– Nie rozumiem – powiedziała.
– Jeśli za mocno wrośniesz w takie miejsce jak to, poza nim czujesz się obco, jak ryba wyjęta z wody. Albo raczej z oceanu. – Małgorzata westchnęła, a widząc pytający wzrok podopiecznej machnęła ręką. – Po prostu nie wszyscy mieli dokąd pójść. Od lat żyliśmy z Piotrem jak mąż i żona, a on pokochał to miejsce. Taki, widzisz, kosmiczny romantyzm. No i też zostaliśmy.
Margaret machinalnie skinęła głową. Spośród odziedziczonych obrazów przywołała widok brodatego mężczyzny w jakiejś wielkiej hali, spoglądającego w górę i machającego dłonią na pożegnanie.
– Żyło się nam dobrze razem, ale sukinsyn wolał góry – kontynuowała staruszka. – Był oceanografem, wciąż wypływał do Trójkąta Vliperdiańskiego, choć Instytut nie wyznaczał mu już żadnych celów badawczych. To niebezpieczne zajęcie: batyskaf ma zapas powietrza na dwadzieścia cztery godziny, plus awaryjny zbiornik powietrza kombinezonu termicznego, wystarcza, jeśli nie zdarzą się żadne niespodzianki. Jeśli się nie przeciąga struny, nie szuka czego nie zgubiło… – Zawiesiła głos. – Wypływał, wypływał, no i kiedyś nie wrócił. Nie wysłał sondy SOS z lokalizacją. Nigdy go nie znalazłam, choć wysyłałam automaty, póki jeszcze działały i sama przeczesywałam Trójkąt w batyskafie. To rozległy teren, mnóstwo miejsc, do których nie zdążyłam dotrzeć. Zdrowie przestało mi na to pozwalać.
– Piotr nie określił celu podróży? – spytała Margaret. – Nie ustaliłaś trasy, którą miał podążać?
Staruszka prychnęła gniewnie.
– Nie obrażaj mnie, przemądrzała dziewczyno! Gdyby to było takie łatwe, dawno bym go znalazła. Najbardziej prawdopodobne miejsca poszły na pierwszy ogień, dopiero potem zaczęłam przeszukiwać wszystko. Musiało go spotkać coś nagłego, może zderzenie z „ostańcem”, może nagły pływ od kominów. Coś, co nie pozostawiało czasu na reakcję i zniosło go ze ścieżki. Może być wszędzie.
Wagonikiem zakołysało, androidka oparła plecy o ścianę. Gdzieś spośród cudzych wspomnień przypłynął do niej zegar, odliczający minuty do wyczerpania czyjegoś zapasu powietrza.
– A ja mam go znaleźć – odgadła.
– Tak – odparła Małgorzata. – Myślisz jak my i umiesz czuć jak człowiek. Przekazałam ci wszystko, czego będziesz potrzebowała.
Uderzenie wagonika o dno stacji odsunęło obce obrazy. Margaret dopiero teraz zrozumiała, czego oczekuje od niej ta kobieta. I jak bardzo będzie to niebezpieczne.
– To naprawdę ma znaczenie? Po tylu latach? – spytała, zadzierając głowę. Opleciona pajęczyną lampa na suficie wagonika zamrugała niepewnie. Androidka otworzyła usta ze zdziwienia, zdając sobie sprawę, jak bardzo jest znajoma, choć stworzenia, które utkało ten dziwaczny twór jeszcze nie widziała.
– Dla mnie ma – odparła Małgorzata. – A dla ciebie dopiero go nabierze. Z czasem.
Margaret przyjęła to jako pewnik. Polecenie, które miała wykonać.
• • •
Nawet zapach na poziomie podlodowym intensywniej przypominał o czasie, który powoli pożerał stację. Płonęła co trzecia lampa, a światłu tych, które działały, daleko było do jasności. Podpowierzchniową część bazy wypełniały nieczynne laboratoria, magazyny zapchane bezwartościowymi już częściami morskich sond i androidów, starymi kombinezonami termicznymi, zapomnianymi próbkami minerałów, skatalogowanymi przez lata okruchami skał, kolekcjami kości pamięci z fachową literaturą i terabajtami raportów, świadectw mrówczej pracy załogi „Hermaszewskiego”. Po drodze z windy do schodów na poziom doków staruszka i androidka mijały je, nie zaglądając do zagraconych wnętrz przez pouchylane w różnym stopniu drzwi.
– Czemu wszystkie są otwarte? – spytała Margaret.
– Roboty – prychnęła Małgorzata. – Powtarzam, że mają tu nie złazić, a ciągle to robią. Nie wiem, czego szukają. Uważaj na schodach, są strome – dodała i jeszcze mocniej zacisnęła palce na przedramieniu podopiecznej. Wskazała laską na metalową kratownicę stopni. – Pomożesz mi zejść.
Margaret zerknęła w dół, oceniając, że schody wcale nie wyglądają na strome, ale nie odezwała się ani słowem. Gdy przystanęły na platformie przed pierwszym zakrętem, by staruszka mogła odpocząć, androidka bez zdziwienia odkryła, że stoją niemal pod sufitem hali z dźwignicą do obsługi batyskafów, stanowiskami serwisowymi, zasobnikiem kombinezonów i części zamiennych oraz dwoma basenami dla maszyn eksploracyjnych w podłodze. To miejsce też nie było nieznajome, to stąd Małgorzata patrzyła, jak Piotr machał jej na pożegnanie. Margaret spojrzała na opiekunkę: staruszka dyszała ciężko, ale jej brwi pozostawały ściągnięte. Unikała patrzenia na halę, wbijając wzrok w ażurową płytę pod stopami. Wtedy androidka po raz pierwszy pomyślała, że nie tylko słabość starzejącego się ciała powstrzymuje Małgorzatę przed pokonaniem schodów.
– Wrócimy na górę? – spytała cicho.
– Nie. – Staruszka dwukrotnie uderzyła laską o balustradę. Metal zadźwięczał jak dzwon, echo wróciło, odbite od ścian hali. – Idziemy. Za późno, by się wycofać.
Ostatni sprawny batyskaf od dawna spoczywał w doku. Margaret zaprowadziła staruszkę do balustrady okalającej zejście do maszyny i zerknęła w dół. „Pływak-3”, głosił prawie zatarty napis na burcie noszącej stygmaty rys, wgnieceń i napraw. Małgorzata, przytrzymując się wolną dłonią poręczy, wskazała laską na właz maszyny.
– Zejdź na pokład – poleciła.
Androidka powoli ruszyła wzdłuż balustrady. Pamiętała ten dotyk zimnego metalu; echa emocji, które mu towarzyszyły, nie należały do najprzyjemniejszych. Niepokój nasilił się jeszcze, gdy pokonywała stopnie drabinki i gdy postawiła stopy na płycie okalającej właz. Minął na moment, gdy go otwierała, ale spojrzenie w ciemną czeluść wnętrza maszyny obudziło inne wspomnienie, choć Margaret nie umiała go nazwać. Rozczarowanie? Strach? Trudno określić uczucia, których doświadczało się pierwszy raz w życiu, zwłaszcza pochodzące z drugiej ręki.
– No, dalej. – Otrzeźwił ją głos staruszki. – Rozejrzyj się. Nie bój się, nie wypuszczę cię dziś do oceanu. Jeszcze nie.
Androidka skinęła głową i zeszła pod pokład. Lampy w klaustrofobicznej kabinie zapłonęły automatycznie. Powoli wcisnęła się na jeden z foteli i rozejrzała się dookoła. Znów automatycznie wyciągnęła rękę w intuicyjnie wybranym kierunku i podświetliła przyrządy konsoli, ale przeznaczenia poszczególnych wskaźników, przełączników i dźwigni nie potrafiła odgadnąć. Lampy w kabinie zgasły. Za wypukłością okna zobaczyła tylko szarą ścianę basenu.
A potem nagle wszystko pociemniało, jakby w hali zgasły światła. Przerwa w zasilaniu, czy sprawka Małgorzaty? Wtedy przez myśli androidki jak błyskawica przemknął obraz: ten sam mrok, te same kolorowe podświetlenia kontrolek, drobiny skalne, tańczące w snopach świateł reflektorów przed łodzią. I nagle wyłaniający się z mroku lodowy „ostaniec” widoczny na granicy ich zasięgu. Margaret bez zastanowienia wybrała z konsoli przycisk, który włączał główne reflektory statku, żeby zobaczyć wyraźniej.
Kabinę zalała jasność odbita od ścian doku. Margaret odruchowo zasłoniła oczy przedramieniem.
– Brawo! – Przez otwarty właz niósł się z góry głos Małgorzaty. – Przypominasz sobie!
• • •
Do pierwszego zejścia do oceanu Margaret przygotowała się starannie pod czujnym okiem Małgorzaty. Zapisała w pamięci wszystkie mapy regionu, koordynaty punktów orientacyjnych, obszary przeszukane już przez autonomiczne sondy „Hermaszewskiego” i te, które Małgorzata przemierzyła osobiście w batyskafie. Obszar Trójkąta Vliperdiańskiego podzielony został na pola. Androidka w każdej chwili mogła wywołać z pamięci ich siatkę. Zauważyła pewną prawidłowość: Małgorzata rozpoczęła od terenów najbliższych stacji i stopniowo posuwała się coraz dalej. Granica dobrze zbadanych stref przebiegała przez zbocze najbliższego stacji szczytu Ostrzycy. Rozległy obszar z odległym szczytem Grodźca i najdalszym Radogosta zostały przeszukane fragmentarycznie.
Pierwsza podróż przez ocean nie przyniosła Margaret żadnych odkryć. Podobnie druga, trzecia i setna. Dzień po dniu androidka skrupulatnie przeszukiwała dno wysłużonym batyskafem, katalogując w pamięci kolejne z odwiedzonych partii grani, grzbietów, przełęczy i rodzące się poza masywami równiny oceanicznych basenów. Nieprzeszukanych miejsc zdawało się jednak nie ubywać. Margaret zdała sobie sprawę, że to zadanie nie na miesiące, a na lata, i że musi zmienić taktykę, jeśli nie chce do końca okresu swej sprawności przemierzać oceanu. Rozumiała też, że staruszkę trzyma przy życiu już tylko determinacja.
Potem uznała, że była to raczej obsesja.
Zrozumiała to, gdy w jednym z nielicznych momentów samotności trafiła do ambulatorium. Przemierzyła dawny gabinet lekarski i stanęła naprzeciw przejrzystej tafli w ścianie, oglądając zza niej pomieszczenie, w którym po raz pierwszy otworzyła oczy. Krzesło, na którym wtedy siedziała Małgorzata, wciąż stało obok stołu operacyjnego. Margaret podeszła bliżej, sięgnęła dłonią ku kablom zwisającym z sufitu. Zacisnęła wtyczkę jednego z przewodów w dłoni, pociągnęła i nagle zrozumiała, że odtwarza chwilę z cudzego życia. Ludzie miewają déjà vu, ale roboty? Wpięła wtyczkę w port za uchem, odkrywając dostęp do bazy danych i zaczęła przeglądać zasoby stacji w poszukiwaniu sama nie wiedziała czego.
Tym czymś okazał się niedokończony projekt symulacji Trójkąta Vliperdiańskiego. Zaciekawiona, otworzyła symulację i stanęła na dnie oceanu. Odruchowo rozejrzała się wokoło, jakby naprawdę podziwiała obrazy, które program generował w jej umyśle. Trafiła do doliny, otaczały ją trzy odległe, dostojne szczyty Trójkąta, a nad głową wisiały szarobiałe chmury lodotworów. Realizm symulacji nie odpowiadał rzeczywistości; gdyby naprawdę znalazła się na dnie, ciśnienie zmiażdżyłoby jej ciało i błyskawicznie dokonałaby żywota w absolutnej ciemności. Zrozumiała – albo odziedziczyła tę wiedzę po kimś – że właśnie temu dziełu poświęcał się Piotr, nawet po tym, jak Instytut sprzedał stację. To samo źródło podpowiadało jej również, że go nie dokończył, ale postanowiła to sprawdzić. Przeszła z trybu wizualizacji w tryb mapy; tak jak się spodziewała, pozostało na niej wiele białych plam, zwłaszcza w okolicach najodleglejszego od stacji kriowulkanu Radogosta, którego północny stok pozostawał wielką niewiadomą. Odwróciła odwzorowanie Trójkąta do góry nogami. Nieznane obszary kryły się też w królestwie lodotworów i „ostańców”, ale tu zbadane górowało nad niezbadanym. Znów obróciła trójwymiarowy wycinek księżyca i przyjrzała się mu, tym razem z boku. Wybrała miejsce, które zaintrygowało ją już wcześniej: grań Ostrzycy, najwyższego wierzchołka Trójkąta, miejscami trwale zrośniętą z lodotworami z pokrywy lodowej Vliperdiusa. Wróciła do trybu mapy, by znaleźć się w miejscu, w którym spotykały się dwa światy. Zastygła tam, zapatrzona w surowe piękno vliperdiańskiego krajobrazu. Gdyby była człowiekiem, zaparłoby jej dech, nie potrafiłaby określić, który z masywów jest piękniejszy, czy ten skalny, czy ten jakby odwrócony, lodowcowy. Nie miała jednak złudzeń, że to cudza emocja, choć bardzo chciałaby, żeby była jej własną. Dlaczego staruszka nie powiedziała jej o tej symulacji?
Wtedy przez sieć przypłynęło do niej pytanie:
Czy jesteś człowiekiem?
Androidka przeanalizowała sygnaturę przekazu, odkrywając, że wysłała go Marta. Zminimalizowała obraz oceanu i odszukała źródło. Przez przejrzystą taflę oddzielającą oba pomieszczenia dostrzegła, że stara maszyna ładuje ogniwa, korzystając z portu w dawnym gabinecie lekarskim. Dlaczego robot zadał tak nielogiczne pytanie? Z własnych „narodzin” Margaret pamiętała tylko Małgorzatę, ale czy staruszka zdołałaby ukryć prawdę przed resztą mieszkańców stacji? A może to maszyna miała problem z pamięcią?
Nie jestem – odpowiedziała. – Jestem fembotem Petersson-Wolfe SEM-750, modelem naukowym.
Więc nie będziesz grzebać nam w głowach? – przypłynęło kolejne dziwne pytanie.
Nie otrzymałam takiego polecenia – odparła Margaret.
A jeśli otrzymasz?
Androidka się zawahała. Uznała te pytania za zbyt zaawansowane jak na tak stary model maszyny. Obarczone jakby ludzką niepewnością, oczekiwaniem, niepokojem. Zastanowiło ją to. Skoro Małgorzata wgrała jej umiejętności w zakresie obsługi batyskafu, to może tak samo zrobiła z innymi dziedzinami, które znała na wylot? A jeśli w umysłach robotów kryły się odpowiedzi, których Margaret nie umiała odnaleźć w odziedziczonych wspomnieniach? Ostrożniej było nic nie obiecywać. Ale najpierw spróbować bezinwazyjnie uzupełnić luki w pamięci.
Wykonam je – odparła i przesłała: Pamiętasz Piotra?
Pytanie jakby odblokowało coś w obwodach Marty, bo zaczęła nadawać jak najęta:
Tak, pamiętam Piotrka. Przystojny facet, bujne, gęste włosy, zielone oczy, starannie przycięta broda, a przy tym taki ambitny! Piekielnie zdolny, inteligentny, ale ciągle darł koty z Tomkiem. Raz nawet, nie wiem o co poszło, ale dali sobie w mesie po pysku, jak to faceci. Gosia z Kazikiem musieli ich rozdzielać!
Człowiek z androidem dali sobie po pysku? – spytała Margaret. W tej opowieści nic nie pasowało: gdyby ten niezgrabny, kanciasty składak zdołałby kogoś uderzyć, to dla człowieka nie skończyłoby się to dobrze.
Nie androidem – nadała Marta. Człowiekiem.
Tomek był człowiekiem?
Wszyscy jesteśmy ludźmi – padła odpowiedź.
– Tu jesteś. – Pełen żalu głos Małgorzaty od progu sprawił, że androidka czym prędzej przerwała połączenie z Martą. Zanim wylogowała się z symulacji Trójkąta i wypięła wtyczkę łącznika z portu za uchem, zapisała ścieżkę do niej w pamięci. – Nie lubię, gdy nie mówisz, dokąd idziesz.
Starzy ludzie są jak stare roboty, pomyślała androidka, a głośno powiedziała:
– Przecież masz nas wszystkich na podglądzie, Małgorzato.
– Co z tego? – ofuknęła ją staruszka. – Nie lubię być sama. Co tu robiłaś?
Margaret zawahała się z odpowiedzią. Poczuła, że nie powinna mówić o znalezionej symulacji, ale skąd wzięło się to przeczucie, nie umiała określić. Przymus odpowiedzi na pytanie zadane przez człowieka okazał się zbyt silny.
– Przeglądałam bazy danych – wyznała.
– I co znalazłaś? – Małgorzata ściągnęła brwi. – Coś ciekawego?
– Nieukończoną wizualizację Trójkąta. Piotr nad nią pracował, prawda?
Staruszka sposępniała.
– Tak – przyznała, podchodząc do Margaret i wbijając w nią podejrzliwe spojrzenie spod wciąż zmrużonych powiek. – Świata nie widział poza tym projektem.
– Dlaczego nie posłużyłaś się nim, by go odnaleźć?
– Co? – wypaliła Małgorzata.
– Symulacją Trójkąta Vliperdiańskiego – powtórzyła androidka, uznając, że staruszka nie zrozumiała. – Badając historię zmian dokonywanych w pliku, można określić, który rejon badał w tamtym czasie i…
– Dobrze wiem, który obszar wtedy badał! – Staruszka przerwała jej i gniewnie zastukała laską w podłogę. – Nic ci to nie da, uparta dziewczyno!
– Dlaczego?
– Dlaczego, dlaczego – powtórzyła Małgorzata, przedrzeźniając podopieczną i wbiła w nią ostre spojrzenie. – Bo tak mówię i moje słowo powinno ci wystarczyć! Mam zrekonfigurować ci stopień samodzielności?
Więc nie będziesz grzebać nam w głowach? – Androidka przypomniała sobie przekaz Marty.
– Nie musisz. Nie chcę postawić na swoim – wyjaśniła. – Mogę latami przetrząsać te okolice albo spróbować zawęzić obszar poszukiwań. Jeśli ta taktyka zawiedzie, wrócę do poszukiwań metr po metrze, obiecuję.
– Nie pozwalam. – Małgorzata chwyciła laskę poniżej rączki, podniosła ją i pogroziła nią Margaret. – I zakazuję ci grzebania w komputerze stacji. A teraz mnie odprowadź. Chcę spać.
Androidka posłusznie ujęła staruszkę pod ramię i ruszyła z nią, noga za nogą, przez gabinet lekarski na korytarz. Z pytań, które uparcie cisnęły się jej na usta, wybrała jedno:
– Byłaś tam? Na północnym stoku Radogosta?
Wyczuła, że Małgorzatę przeszył dreszcz.
– Nie – odparła cicho stara.
Chociaż Margaret spodziewała się kolejnego wybuchu gniewu, zadała kolejne:
– Dlaczego?
– Bo to ryzykowne. Niebezpieczne, na granicy zasięgu batyskafu. Nawet jeśli zabierze się dodatkowy zapas powietrza. A nie zabierze się go dużo, bo ilość pojemników ogranicza ciasnota w kokpicie. Kombinezon termiczny to nie skafander kosmiczny z pojemnym plecakiem.
Androidka skinęła głową. Spodziewała się takiej odpowiedzi, to wyjaśnienie pasowało do odziedziczonych wspomnień. Wędrując korytarzem, szukała w nich jednak innych obrazów, po których nie znalazła ani śladu. Na tym polu ziała kolejna luka w pamięci. Czy Małgorzata nie przekazała jej tych wspomnień, czy po prostu ich nie było?
– A androidy? – spytała cicho. – Wysyłałaś je tam?
Wyczuła kolejny dreszcz przenikający ciało staruszki. Długo czekała na odpowiedź. Dopiero, gdy zatrzymały się pod drzwiami kwatery Małgorzaty, usłyszała:
– Nie. Wystarczy, że straciłam tam wszystkie nasze autonomiczne sondy.
Staruszka puściła jej przedramię i pchnęła drzwi. Otworzyły się z jakby trudem, ukazując proste, niemal ascetyczne wnętrze oświetlane jedną słabą lampą nad pulpitem, na stałe przymocowanym do ściany, z szafą po jednej i wnęką sypialną po drugiej stronie. Małgorzata przekroczyła próg, podtrzymując się futryny.
– Jak to: straciłaś? – podchwyciła androidka, obawiając się, że opiekunka za chwilę zniknie we wnętrzu kwatery i pytania pozostaną bez odpowiedzi.
– Tak. Żadna nie wróciła. Zresztą, i tak by tam nic nie znalazły. Wysłałam je dla… spokoju sumienia.
Staruszka znalazła się w środku. Margaret zrobiła dwa kroki, jakby zamierzała podążyć jej śladem, ale zatrzymała się o włos od progu.
– Dlaczego nic by nie znalazły? – rzuciła.
– Bo tam nie dotarł – odparła z rozdrażnieniem Małgorzata i zamknęła androidce drzwi przed nosem.
Margaret nie zdążyła spytać, skąd wie.
• • •
Zastygła, wpatrując się w zszarzałą kompozytową płytę z ledwie już widocznym numerem „trzy” i wytartą klamką. Stała tak, aż nagle z głębin odziedziczonej pamięci przypłynęło do niej wspomnienie: stała na platformie pod sufitem hali i słyszała kroki, dudniące z dźwięcznym echem o metalowe stopnie. Kroki dwóch osób. A potem zobaczyła, jak przez płytę hali do batyskafu zmierzają dwie postacie. W jednej, po chodzie, od razu rozpoznała androida. Ta druga przystanęła, odwróciła się i pomachała jej na pożegnanie.
Ten drugi. Siwiejący, nieco już przygarbiony brodacz. Piotr! Tak, przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?
Przesuń się – odebrała przekaz i odwróciła się, a potem cofnęła, robiąc miejsce dla Kazika, niosącego tacę z kolacją dla Małgorzaty.
Roboty – powiedziała opiekunka na poziomie pod lodem. Ciągle tu złażą.
Staruszka zakazała jej grzebać w bazach danych, ale nie wspomniała o archiwum, więc Margaret zapuściła się na podlodowy poziom stacji. Przegrzebywała jedno pomieszczenie po drugim, aż w końcu trafiła na stertę zapisów z dawnych wypraw batyskafów. Wpinając w port za uchem kolejne kości pamięci, skanowała ich zawartość i odkryła, że człowiek zabierał na pokład robota zawsze, nie tylko w najbardziej niebezpieczne misje. Tylko że wtedy, przed laty, te androidy nie miały imion. Na raportach z misji powtarzały się symbole: SEM-220, SEM-425, SEM-340, SEM-550… Scientific Exploration Machine i numery wersji. Było ich kilkanaście, ale na najpóźniejszych nagraniach zostały tylko cztery. Rachunek się zgadzał: Kazik, Marta, Tomasz i ten, który zaginął wraz z Piotrem. Elementy poprzedników tej czwórki wciąż zalegały w magazynach na tym poziomie. Sięgnęła po kolejne pudełko. Zawierało tylko trzy kości pamięci, opisane jako K. Dobroń, M. Lechowska, T. Mazur. Te nazwiska powtarzały się też w raportach z misji batyskafu. To ich imiona odziedziczyły roboty, dotarło do Margaret. Imiona, czy coś więcej?
Kim był ten czwarty? Uznała, że to ważne.
Hałas nadjeżdżającej windy wyrwał ją z rozmyślań. Jak człowiek, który chce zachować w tajemnicy swą obecność w zakazanym miejscu, ukryła się za niedomkniętym skrzydłem drzwi, z jedną z kości pamięci w dłoni. Z korytarza dobiegł zgrzyt towarzyszący rozsuwaniu kraty wysłużonej windy, a zaraz potem metaliczne człapanie. Tomasz? Zrozumiała, że automat jej szuka na polecenie staruszki i głębiej wcisnęła się w kąt. Kroki to cichły, to wracały, by wreszcie zadźwięczeć na schodach prowadzących do doków. Androidka ostrożnie wysunęła się z kryjówki w zasięg światła. Wyjęła kość z napisem „T. Mazur” i obróciła ją w palcach. Po chwili wahania wpięła ją w port za uchem, ale zapełniały ją potężne pliki, których nie potrafiła otworzyć. Wysunęła kość i zamierzała sięgnąć po kolejną, ale nie zdążyła.
Z oddali dobiegł przeraźliwy rumor, jakby runęła ciężka konstrukcja. Androidka bezwiednie zacisnęła kość pamięci w dłoni i zaczęła nasłuchiwać, ale wszystko ucichło, nie słyszała nawet człapania starego robota. Wyjrzała na korytarz, i, odgadując, skąd pochodził hałas, ruszyła ku schodom.
Tomasza znalazła w pustym doku. Wyglądało na to, że ślepy automat z niesprawną echolokacją spadł do nieużywanego basenu, przypadkiem trafiając w miejsce, w którym kończyła się barierka. Margaret uczepiła się drabinki i zeszła na dół, położyła dłoń na panelu kontrolnym na piersi robota, nawiązała połączenie z jego komputerem i zażądała raportu uszkodzeń.
Zabierz mnie do oceanu – nadał nagle android.
Po co? – odesłała pytanie i zagłębiła się w dane. Uznała, że będzie musiała użyć dźwigu, bo automat nie da rady opuścić doku o własnych siłach.
Nie chcę, żeby zabrała mi pamięć – nadał. Zrobi tak, gdy nie wrócisz.
Skąd wiesz, że nie wrócę?
Wtedy nie wróciłaś – odesłał odpowiedź.
To nie byłam ja.
Zaskoczona Margaret przerwała analizę danych stanu i zagłębiła się w jego plikach. Tomasz nie kłamał: w dniu zaginięcia Piotra ktoś, zapewne Małgorzata, zafundował mu sprzątanie pamięci, a w systemie plików ziały dziury. Co chciała ukryć?
Androidka przerwała połączenie, wydostała się z doku i podeszła do panelu sterowania ramieniem dźwigu, którym podnoszono i opuszczano batyskafy. Aktywowała i opuściła ramię urządzenia nad pusty dok, po czym zeszła do basenu, by podpiąć składaka do zaczepów. Gdy Tomasz zawisł w powietrzu, postanowiła, że sprawdzi pamięć innych robotów. Potem ostrożnie położyła go na podłodze i powędrowała do magazynu piętro wyżej, w którym widziała części starych maszyn, pewna, że wie, czego szukać i jak tego użyć.
Kazika znalazła w mesie. Przygotowywał jakąś breję nie obciążającą chorych jelit Małgorzaty. Udając, że myje ręce ubrudzone smarem, androidka otworzyła łącze i spytała:
Który android zaginął z Piotrem?
Brak danych w pamięci – nadał Kazik po chwili namysłu.
Spodziewała się tej odpowiedzi. Postanowiła zadać pytanie w inny sposób:
Z kim Piotr wypływał na poprzednie misje?
Android rozpoczął mozolne wyszukiwanie.
Z SEM-615 – odparł po chwili.
Margaret ledwo powstrzymała się od klaśnięcia w dłonie. Może uda jej się obejść resety Małgorzaty?
Jakie SEM-615 nosił imię? – kontynuowała.
Kazik przez długą chwilę analizował dane. Szukał, po czym nadał:
Brak danych w pamięci.
Androidka postanowiła spróbować jeszcze inaczej. Wtedy nie wróciłaś, przypomniała sobie przekaz Tomasza. A jeśli nie był tylko bełkotem?
Pamiętasz Margaret? – nadała. Długo czekała na odpowiedź:
Sprecyzuj zapytanie. Wynik wyszukiwania większy od liczby jeden.
Zaskoczenie wyrzuciło ją z sieci; nie miała odwagi zalogować się ponownie. Patrzyła jak android zdejmuje naczynie z płyty, przelewa zawartość do miski, stawia naczynie na tacy, układa łyżkę i wyciąga ręce do uchwytów. Wtedy się ożywiła i rzuciła ku tacy, ubiegając Kazika.
– Ja jej to zaniosę – powiedziała głośno.
• • •
Staruszkę zastała podczas toalety. Siedziała pochylona, półnaga, na fotelu przy łóżku, a Marta obmywała jej plecy, przyciskając delikatnie wilgotną gąbkę miejsce przy miejscu. Widząc przeraźliwie chude ciało, obleczone obwisłą, jakby o rozmiar za dużą, pomarszczoną skórą, Margaret zastygła zaskoczona, z tacą w dłoniach.
– No co? – żachnęła się Małgorzata. – To się nazywa starość. Czego chcesz?
Androidka podeszła do blatu, postawiła tacę i cofnęła się pod szafę. Sięgnęła do kieszeni po kość pamięci z napisem „T. Mazur” i pokazała ją Małgorzacie na otwartej dłoni.
– Chcę wiedzieć, co to jest. Dlaczego usunęłaś z pamięci androidów informację, kto popłynął z Piotrem. I dlaczego akurat tych wspomnień mnie też nie przekazałaś.
Staruszka obróciła fotel, by lepiej widzieć podopieczną i wyprostowała się zbyt energicznie, jak na swoje niedołęstwo, niemal wytrącając robotowi z dłoni gąbkę.
– Bo te wspomnienia nie mają już znaczenia. Starczy, Marto. – Przerwała na moment, gdy stara maszyna wycierała jej plecy ręcznikiem, a potem pomogła założyć koszulę. – Idź już. No idź, do jasnej cholery! – ponagliła ociągającą się Martę, a gdy wysłużony robot zniknął za drzwiami, wyjaśniła: – To engramy Tomasza Mazura. Człowieka. Starzy naukowcy, którzy zostali na stacji, bo nie mieli dokąd pójść, pozwolili mi je zapisać, żeby po śmierci coś po nich zostało.
– A zgodzili się, byś zaszczepiła je w ciałach robotów? – spytała androidka. – Kasując własną pamięć i historię tych maszyn? Żebyś decydowała, co mogą pamiętać, a czego nie?
Zapadła cisza. Obydwie Małgorzaty mierzyły się wzrokiem jak przeciwnicy na ringu.
– Nie masz prawa mnie osądzać, niedobra dziewczyno – zagrzmiała wreszcie staruszka. – Zawsze to robiłaś, nic się nie zmieniło!
– Nie osądzam cię – zauważyła Margaret, nieco zbita z tropu tym wybuchem. Podniosła wzrok ponad głowę opiekunki. Na ścianie nad pulpitem wisiały wyblakłe zdjęcia ludzi, dorosłych i nielicznych dzieci. Nie rozpoznawała ich. Pomyślała, że gdyby odziedziczyła wszystkie wspomnienia Małgorzaty, nie miałaby z tym problemu. – Powiesz mi, kim jestem?
– Androidem naukowym – odparła oschle kobieta, marszcząc brwi.
– Nie o to pytam.
Małgorzata obróciła fotel i zamyślona zatrzymała spojrzenie na fotografiach, jakby szukała tam pomocy.
– A kim chciałabyś być? – spytała wymijająco.
– Nie o to pytam – powtórzyła Margaret.
Staruszka zamyśliła się mocno. W końcu powiedziała:
– Dużo dostałaś ode mnie, ale… – zawiesiła głos.
– Ale nie tylko od ciebie? – podchwyciła androidka. – Kim była Margaret?
Małgorzata nie odpowiedziała. Przysunęła tacę z posiłkiem i sięgnęła po łyżkę.
– Idź już. Zupa mi przez ciebie wystygła – powiedziała z rozdrażnieniem.
Margaret nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła, jak opiekunka pochyla się nad blatem, nabiera zupy i drżącą dłonią, rozlewając płyn, usiłuje trafić łyżką do ust. Dopiero po chwili staruszka uznała, że ignorowanie androidki nic nie da.
– Jeszcze tu jesteś? – wymamrotała.
– Tak. – Margaret oderwała ramię od szafy i stanęła prosto, jakby to, co miała właśnie do powiedzenia, wymagało uroczystej postawy. – Zdecydowałam. Zbadam północny stok Radogosta.
Łyżka zatrzymała się w połowie drogi do ust, ale drżała wraz z dłonią, by wreszcie opaść z powrotem do talerza. Małgorzata obróciła fotel i zerknęła na podopieczną w popłochu, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. Androidka pojęła, że w tym spojrzeniu czaił się strach. Tylko przed czym? Może przed tym, że zbyt wcześnie doprowadzi poszukiwania do finału i Małgorzata nie będzie już miała po co żyć? A może przed tym, że podopieczna nie wróci? Zanim zdołała zakwalifikować to spojrzenie, staruszka zwiesiła głowę i obróciła się do ściany.
– Nie starczy ci powietrza – zauważyła.
– Nie muszę oddychać.
– Nie musisz. Ale im dłużej będziesz trwać na zasilaniu zewnętrznym, tym większe spustoszenie spowodujesz w swoich komponentach organicznych. Elementy biologiczne zaczną obumierać. Może się okazać, że zmiany okażą się nieodwracalne i będziesz musiała codziennie ładować ogniwa, jak roboty starego typu. Stracisz to, co w twojej generacji najlepsze.
– Będę już na zawsze tylko maszyną? – spytała prowokacyjnie Margaret. – I tak nią jestem.
– Nie – odparła cicho staruszka. – Zależy, kim się czujesz. Zresztą, małe jest prawdopodobieństwo, by Piotr tam w ogóle dotarł.
– Powiesz mi, dlaczego?
Małgorzata potrząsnęła głową w bezradnym zaprzeczeniu. Androidka uklękła przy jej fotelu, oparła dłonie na poręczy i podniosła wzrok na opiekunkę.
– Powiedz – szepnęła. – Muszę wiedzieć.
• • •
Ciecz otaczająca łódź nie była zwykłą wodą. Zawierała dodatki, bez których zamarzłaby na kość, zmieniając cały księżyc w lodową kulę. Rozgrzewały ją także siły pływowe gazowego giganta Tichego, ale nie na tyle, by uczynić ocean zdatnym do życia. Paradoksalnie tu, na przestrzeni wielu tysięcy kilometrów to Margaret była jedyną żywą istotą. Zanurzona w odwiecznym mroku oceanu, zdała się na śledzenie wyznaczonej sobie ścieżki, na kontrolę prędkości i głębokości, na odczyty z echolokacji, przesyłane bezpośrednio do jej zmysłów. Najmniej ufała oczom i obrazom za szybą batyskafu, ale nie wyłączyła reflektorów, bezwiednie śledząc taniec skalnych i lodowych drobin w strugach ich świateł. Obrała kurs na Ostrzycę i płynęła na głębokości, na której nie powinna napotkać żadnych większych przeszkód, a jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że za zasięgiem lamp ciemność formuje ściany, a moc reflektorów kruszy je, czyniąc wyłom w niewidzialnym.
Stok Ostrzycy zaczynał się łagodnie. Osiągnięcie najwyższego ze szczytów wymagało stopniowej redukcji głębokości. Prędkość zmalała i Margaret po raz wtóry odsunęła od siebie myśl, że niepotrzebnie traci czas i zasoby. Zamierzała jednak na własne oczy zobaczyć to miejsce z symulacji Piotra, które zrobiło na niej takie wrażenie, nawet, jeśli miałby to być ostatni przejaw ludzkiej części jej natury.
Im bardziej się wznosiła, tym więcej lśniących, zamarzniętych drobin wirowało przed batyskafem. Prędkość spadała coraz bardziej, symulacyjny procent wyczerpania zapasu powietrza rósł nieubłaganie, a wkrótce komputer batyskafu zaczął ostrzegać ją przed nawisami z lodowej pokrywy księżyca. Androidka monitorowała ciągle malejący dystans do nich, aż w końcu potężne bryły o nieregularnych kształtach pojawiły się w zasięgu wzroku. Nie minęła nawet godzina, a Margaret musiała manewrować łodzią, by omijać twory, przypominające odwrócone szczyty. Przemknęły kolejne umowne godziny i batyskaf znalazł się między lodowym stropem a skalnym dnem, błądząc w nim jak w labiryncie. To wymagało nieustannej czujności, zwłaszcza w momencie, gdy obydwa łańcuchy zaczęły zbliżać się do siebie, a wloty do wnęk i szczelin w monstrualnych, odwróconych piramidach można było wziąć za puste przestrzenie i wpływając do nich, uszkodzić statek. Starej symulacji nie mogła do końca zaufać. Lodotwory zmieniały się też szybciej niż skały i między symulację Piotra a rzeczywistość zaczęły wkradać się różnice, ale Margaret parła dalej. Byle tylko nie zgubić się w labiryncie, byle zobaczyć coś, co tak niewielu widziało przed nią: dwa z lodowych nawisów, na stałe zrośniętych ze stokami Ostrzycy.
Odnalazła je, przepłynęła przez igielne ucho, utworzone przez lodotwory nad granią prowadzącą do szczytu, ale ciemność oceanu spłyciła to doświadczenie, nie czyniąc go podniosłym. Rozczarowała ją. Margaret oczekiwała, że coś chwyci ją za gardło, zatarga wnętrznościami, że metafizyka obcowania z surowym pięknem gór wyzwoli w niej człowieka. Nic takiego się nie stało. A więc naprawdę była tylko maszyną…
Bez żalu zapadła się w korytarzach labiryntu, szukając szlaku ku Radogostowi. Wreszcie przestrzeń między oboma łańcuchami zaczęła się rozszerzać, pozornie pusta, lecz wypełniona milionami lodowo-skalnych igieł. W jej mroku, niewidoczny jeszcze dla instrumentów, krył się potężny kriowulkan. Margaret opadała coraz niżej, by osiągnąć wreszcie głębokość pozwalającą monitorować dno za pomocą sonaru i porównywać jego ukształtowanie z symulacją Piotra, unikając jednocześnie zagrożenia ze strony kominów. Tam, na dole, wszystko się zgadzało.
Niebawem znowu zaczęła się wznosić, a między symulację i rzeczywistość wkradało się coraz więcej różnic. Na stoku Radogosta przed Margaret wyroiły się „ostańce”: samotne dryfujące bryły lodowe, często o wiele większe od jej maszyny. Według mapy Piotra, w tym miejscu z pokrywy lodowej miał sterczeć ostatni potężny lodotwór, ale, najwidoczniej rozpadł się na tysiące fragmentów, które lewitowały teraz, zawieszone w oceanie. Póki mogła, androidka prowadziła maszynę pod polem lodowych asteroid, wkrótce jednak musiała zanurzyć się w ich gęstwinie. Uwolniła cztery „meduzy” i nastawiła się na odbiór ich odczytów. Niewielkie pływające czujki o ograniczonym zasięgu rozproszyły się w mroku między podwodnymi wyspami, uzupełniając zmysły Margaret i urządzenia batyskafu. Statek powoli popłynął za nimi.
Zatrzymał go niecodzienny odczyt.
Margaret zwolniła prawie do zera, utrzymując silnik na jałowych obrotach, zaintrygowana przez pik promieniowania nad mijaną bryłą. Człowiek mógłby to przeoczyć, ale jej zmysły, zintegrowane z czujnikami statku, wychwyciły go w lot. Podpłynęła tak blisko, jak tylko się dało, by odkryć fragment jakiegoś urządzenia zakleszczony w spękaniach lodowej wyspy. Uruchomiła wyszukiwanie w sprzężonej pamięci i komputer pokładowy szybko podpowiedział, na co patrzyła.
Na zatrzymaną w czasie tylną część kadłuba sondy SOS. Niesiony powolnym dryfem blok odpływał w niebyt wraz ze swoim makabrycznym trofeum. Margaret podążyła jego śladem.
Piotr i SEM-615 musieli tu dotrzeć. Czy ich batyskaf też roztrzaskały bloki dzielącego się lodowca? Czy wrak opadł na dno pod polem „ostańców”? A może dotarli o wiele dalej, a zniszczeniu uległa tylko wysłana przez nich sonda awaryjna? Czas zacząć szukać na poważnie. Przetrząsać Radogosta metr po metrze, nieważne, ile czasu to zajmie. Dno, zbocza gujotu, stromiznę prowadzącą do stożka kriowulkanu i pozostałości lodotworu. Procenty niepowodzenia misji szybowały jak szalone. Androidka sprawdziła, ile ma czasu do wyczerpania zapasu tlenu: czternaście godzin. Nawet, gdyby miała dwadzieścia cztery, to wciąż byłoby za mało.
Czas przestać oddychać.
Zdjęła hełm i położyła go na drugim fotelu, wysunęła przewód-łącznik z panelu i wczepiła go za ucho. Przestawiła swój metabolizm na zasilanie z ogniw statku. Zamknęła oczy, wyłączyła reflektory i zbędne systemy. Stała się batyskafem, sercem atomowego potwora. Poczuła się tak, jakby znowu znalazła się w symulacji Piotra, jakby bez skafandra znalazła się w oceanie. Tyle, że wrażenia wzrokowe zastąpiła echolokacja. I że teraz to było naprawdę.
Nie spodziewała się, że każde uderzenie czy otarcie lodowej bryły o poszycie będzie sprawiać jej fizyczny ból, a każdy spadek mocy silników odczuje jak spazm. Że zacznie liczyć czas jako interwały między kolejnymi porcjami cierpienia. I że będzie coraz mniej czuła się człowiekiem.
Jeden pik. Nie, fałszywy alarm. Nie powtórzył się już.
Znowu pik. Słaby, naturalna promieniotwórczość.
Potem długo nic.
Długie serie uderzeń, biczujących ciało sprzężone z maszyną.
Przerwa na ładowanie „meduz”. Komputer sprzężony z umysłem androidki oblicza trajektorię serpentyny podejścia do stożka kriowulkanu Radogosta.
Potem kilka fałszywych nadziei. Szczątki niewielkiej maszyny, być może jednej z bezzałogowych sond Małgorzaty, u podnóża Radogosta, zapewne rozbitej w wyniku zderzenia z „ostańcem”. Szczątki drugiej, po północnej stronie góry, jakby wprasowane w lód. Porównanie ukształtowania terenu po południowej stronie z symulacją nie zdradza istotnych różnic, sam stożek wulkanu nie wygląda inaczej, ale po północnej stronie wyrasta mniejszy stożek, zwany pasożytniczym. Konkluzja: między powstaniem mapy a teraźniejszością musiała nastąpić erupcja. Tylko kiedy? Założenie: kriowulkan musiał być aktywny jeszcze w momencie przybycia tu bezzałogowych maszyn. Hipoteza: wybuch mógł zbiec się w czasie z przybyciem tu Piotra i SEM-615. A jednak na zboczach Radogosta nie ma po nim śladu, widocznie Margaret nie szuka wystarczająco dokładnie.
Przygotowanie do drugiej rundy. Zwiększenie czułości aparatów. Ładowanie „meduz” i lodowe drobiny obijające się o poszycie jak igły.
Uciec. Przerwać, odpocząć. Margaret prawie czuje, jak umierają jej biotyczne segmenty.
Nie!
Znowu garść nieprzydatnych odczytów.
Ładowanie „meduz”.
Nic. Nic. Nic.
Strata jednej czujki, zderzenie z lodową wyspą. Silniki stop! Ból, jakby coś szarpało trzewia. Chwilowe zamroczenie, oślepienie, odłączenie.
Ładowanie pozostałych. Analiza: dwukrotnie opłynęła serpentyną stożek Radogosta, bez efektów. Promieniowanie z reaktora tamtego batyskafu nie dało o sobie znać. W bazie pewnie dawno spisali ją na straty. Jak daleko pływy wywołane erupcją mogły odrzucić „Pływaka-2” Piotra?
Już ostatnie lodowe wyspy po północnej stronie Radogosta; za rozległym polem „ostańców” znów rozciąga się niezbadana przestrzeń, tym razem nie ujęta w symulacji Piotra. Margaret przywołuje czujki i powoli rusza w ciemność.
Godziny mozolnego przeczesywania dna, układające się w kolejne, niezliczone już doby.
Bez rezultatu.
I nagle brak odczytów: nagły uskok oślepia sonar. Margaret traci pod sobą grunt, czuje, jakby znalazła się w otchłani. Pod nią nie ma dna. Zawraca statek, odczyty wracają. Rusza powoli wzdłuż granicy, posuwając się jak po krawędzi przepaści. Rezygnuje, bo krawędź nie ma końca. Z bazy danych wybiera odpowiedni termin, prawdopodobnie opisujący to, co napotkała: rów oceaniczny. Usiłuje pokonać go i ocenić jego szerokość, ale tu też ponosi porażkę. Wraca do punktu wyjścia i posyła „meduzy” w dół. Czujki opadają przy niemal pionowej, skalnej ścianie. Ich zasięg jest ograniczony, więc Margaret szybko traci z nimi kontakt. Wprowadza batyskaf poza krawędź rowu i podąża ich śladem. Nie ma żadnych przesłanek, że powinna szukać akurat w tym miejscu, a jednak udaje się tam, gdzie prowadzi ją, sama nie wie co – intuicja? Przeczucie? Opada, mimo iż ciśnienie wzrasta. Jeszcze trochę, i jeszcze. Przeciąga strunę – jak człowiek.
Aż wreszcie pik promieniowania, silny, wyraźny. Wszystko wokół promieniuje. Wola Margaret popycha statek w jego kierunku. Uniesienie powiek aktywuje reflektory: światła odbijają się szczątkowym rykoszetem od pogniecionej burty „Pływaka-2”, leżącego na rozległej półce skalnej. Szyba batyskafu – rozbita, poszarpana, zgnieciona – zdradza, że nawet na odzyskanie wspomnień SEM-615 nie ma co liczyć. Androidka czuje żal, wie, że nie uzupełni już luki w pamięci.
Czując presję ciśnienia, jakby lodowa skorupa księżyca waliła się jej na głowę, patrzyła na statek Piotra i SEM-615, pierwszej Margaret. Po tamtym rozczarowaniu, że stanowi tylko model 2.0 innej maszyny, nie pozostało wiele.
A potem powoli zaczęła wznoszenie.
• • •
Zaczepy zadziałały automatycznie, komputer stacji odpowiedział na sygnał Margaret do otwarcia wrót, nie angażując nikogo z mieszkańców bazy. Po ich zamknięciu urządzenia samoczynnie odpompowały wodę z basenu, i dopiero gdy skończyły osuszanie, rozsunęła się pokrywa doku. Androidka sprawdziła stopień naładowania własnych ogniw i wypięła wtyczkę zza ucha. Sięgnęła po hełm leżący na drugim fotelu, a zanim podniosła się z miejsca, wyciągnęła dłoń do przełącznika na kokpicie, by wyłączyć panel i zawahała się na chwilę. Długie zespolenie z tą maszyną zaowocowało obawą, że odcinając zasilanie, sama też przestanie działać.
„Czy maszyny też mają takie lęki?” – pomyślała, dotykając wytartego przycisku.
Nikt nie wyszedł jej na powitanie. Maszerując po płycie hali, zerknęła w górę, ku szczytowi schodów, czy nie stoi tam Małgorzata, ale nie zobaczyła nikogo. Samotnie pokonała poziom podlodowy, wsiadła do znajomej windy i uderzyło ją to, że z jej rogu zniknęło krzesło Małgorzaty. Odsunęła od siebie myśl, że człowiek uznałby to za zły znak. Jako robot wydedukowała tylko, że zaszły jakieś zmiany.
Zauważyła je, gdy tylko wysiadła z windy. Wokół kręcili się ludzie w roboczych kombinezonach z logo Harris LSS, nosili jakieś paczki, ładowali sprzęty do skrzyń, opróżniali szafy z rzeczy osobistych. Margaret, zupełnie przez nich ignorowana, przemierzała korytarz, kierując się do kwatery Małgorzaty. Nigdzie nie widziała ani śladu po Kaziku, Marcie i Tomaszu. Przed mesą niemal wpadł na nią jakiś piegowaty chłopak.
– Ej, dokąd? – Zmarszczył jasne brwi widząc postać w skafandrze. – Jeszcze nie skończyliśmy.
Androidka mocniej przycisnęła hełm do boku.
– Do Małgorzaty – odparła.
– Na to trochę za późno – mruknął. – Ale możesz pogadać z szefową. Prosto, czwarte, nie, piąte drzwi za zakrętem.
Chłopak minął ją i poszedł w stronę windy. Margaret ruszyła przed siebie. Piąte drzwi za zakrętem, czyli kwatera Małgorzaty, były otwarte. Na korytarzu przed progiem stało pudło, prawie całkowicie zapełnione. Androidka zajrzała do środka: na koi staruszki siedziała szczupła kobieta o jasnych, krótkich włosach, wertowała jakieś papierzyska i co chwilę wrzucała kolejną ich porcję do mniejszego pudła, stojącego na podłodze. Gdy Margaret stanęła na progu, kobieta podniosła głowę.
– Co tak wcześnie? – spytała. – Nudzi wam się, do jasnej cholery? Rudnicki cię tu przysłał?
– Nie wiem – odpowiedziała androidka.
Kobieta przyjrzała się jej uważniej. Zmarszczyła brwi, widząc skafander termiczny starego typu, bez firmowego logo. Odłożyła plik papierów na posłanie.
– Przepraszam – mruknęła bez skruchy. – Wzięłam cię za jednego z naszych pilotów. O co chodzi?
– Szukam Małgorzaty.
– To moja matka. – Twarz kobiety stężała. – Jestem Margaret Harris. O co chodzi? Zamówiła coś bez uzgodnienia z nami?
Margaret Harris? Więc jednak to człowiek stanowił pierwowzór? Androidka zaniemówiła, zaskoczona. Dlaczego staruszka zachowała to w tajemnicy?
– O co chodzi? – powtórzyła kobieta.
– Wróciłam z oceanu. – Margaret przełożyła hełm do drugiej ręki, zupełnie jak zmieszany nową sytuacją człowiek. – Zakończyłam poszukiwania. Mam zdać raport Małgorzacie.
– Ach tak. – Harris wstała i przesunęła pudło stopą. – Już wiem, kim jesteś. Jesteś tą… przesyłką. Cholernie drogą przesyłką.
Androidka mimowolnie zerknęła do jego wnętrza, potem podniosła wzrok na pustą ścianę nad biurkiem. Tak, w pudle znalazły się wszystkie zdjęcia drogie Małgorzacie.
– Jestem Margaret – sprostowała.
– Tak cię nazwała? – prychnęła kobieta. – Miała tupet. No, nieważne. Moja matka nie żyje od dwóch miesięcy, ten raport zdaj mnie i wynoś się w cholerę. Co znalazłaś?
– Jeśli dobrze rozumiem całą sytuację, znalazłam pani ojca.
– Aaa, tak. – Harris tym razem obdarzyła androidkę wzrokiem pełnym zainteresowania, a Margaret zauważyła, że ma zielone oczy Piotra z fotografii, leżącej na stercie innych. – Świętego Graala mojej matki. Gdzie go poniosło?
– Spoczywa w rowie oceanicznym na północ od Trójkąta Vliperdiańskkiego.
– Czyli wydobycie jego batyskafu nie wchodzi w grę. – Harris wykrzywiła usta. – Może przynajmniej nadadzą tej dziurze nazwę od jego nazwiska. No, spisałaś się, nie powiem. Przydasz się, ale zmienimy ci imię.
Margaret się zawahała. Dlaczego chcą odebrać jej imię?
– Nie chcę innego – powiedziała. – Gdzie znajdę trzy roboty Małgorzaty?
Kobieta uśmiechnęła się z politowaniem i usiadła na koi, by wrócić do przeglądania papierów matki.
– Nie ty będziesz decydować. Formalnie jesteś własnością naszej firmy, mój mąż zapłacił za ciebie czterysta tysięcy – odparła, nie patrząc na androidkę. – A o roboty spytaj moich ludzi, może już je spakowali. Znajdź Rudnickiego, taki rudy piegus, i powiedz, że kazałam dać ci jakąś robotę. No, nie stój tak jak kołek. Życie to głównie ciężka, żmudna harówa, nie tylko wielkie wyprawy i zasrane bohaterstwo.
Mówiąc to, gwałtownie zerwała ze ściany nad posłaniem pożółkły górski pejzaż, naszkicowany ołówkiem na kartce w kratkę. Zmięła go i wrzuciła do pudła.
– Wcale się nie dziwię, że nie zawrócił – powiedziała po chwili Margaret.
– Kto? – spytała Harris bez cienia ciekawości, nie podnosząc wzroku znad jakiegoś notesu. Przekartkowała go pobieżnie, a potem cisnęła śladem rysunku.
– Pani ojciec. Piotr. Wie pani, że imię Margaret nosił przede mną jeszcze jeden robot?
– Co z tego? – Kolejny papier, jakiś rachunek, znów zmięty w kulę, wylądował w pudełku. W głosie Harris pojawiło się zniecierpliwienie. – Wydałam ci polecenie, zrozumiałaś je?
Margaret zignorowała to pytanie.
– Tamta Margaret szczególnie udała się Małgorzacie. Stała się ulubionym robotem Piotra. Towarzyszyła mu we wszystkich wyprawach. Misje stawały się coraz bardziej ryzykowne, więc przed najniebezpieczniejszą z nich pani matka szukała sposobu, żeby powstrzymać pani ojca. Założyła, że jeśli zaprogramuje jakąś poważną usterkę i Margaret ulegnie awarii krótko po wypłynięciu, Piotr zawróci do bazy, żeby ją ratować. Dlatego przez tyle lat szukała go w pobliżu stacji. Ale pani ojciec nie zawrócił i pozwolił jej umrzeć. Jak pani myśli, dlaczego?
We wzroku Harris zalśnił lód. Przy nim nawet szarawa biel ostańców zakrawała na ciepłą barwę. Córka Małgorzaty nie zniżyła się do odpowiedzi na pytanie robota.
– Maszyny nie umierają – wycedziła, po czym spytała: – Skąd to wiesz?
– Małgorzata mi to powiedziała. – Margaret spuściła głowę, ale nie pod wpływem spojrzenia Harris. Przywołała wspomnienie, tym razem już własne, ich długiej rozmowy, w noc przed ostatnim zejściem do oceanu. – Niechętnie. To było dla niej trudne.
Harris energicznie potargała jakąś fotografię i rzuciła ją na rosnącą górę papierzysk.
– Trzeba być szurniętym, żeby spowiadać się sprzętom – oceniła. – Zabierz stąd te śmieci i zanieś do mesy. Rudnicki powie ci, co masz z tym zrobić. No już!
Androidka przyklęknęła, po raz ostatni zerknęła na potargane zdjęcia, położyła na wierzchu hełm, podniosła pudło i wyszła bez słowa.
• • •
Znalazła androidy. Na tym samym stole operacyjnym w ambulatorium, na którym przyszła na świat, pracownicy Harris LSS demontowali Tomasza, część po części, i niedbale wrzucali elementy składaka do skrzyni. Działo się to, co w przypadku starych maszyn było nieuniknione, a jednak Margaret wiedziała, że działo się źle i czuła coś, czego nie umiała już określić, emocje, których nie potrafiła nazwać, jakby połączenie z batyskafem wyssało z niej zasób ludzkich uczuć. Kazik i Marta, nieczynni, leżeli obok siebie pod ścianą. Przyglądała się temu zza przejrzystej tafli, oddzielającej gabinet od sali zabiegowej, trzymając w ramionach pudło ze szpargałami Małgorzaty, póki jej ktoś stamtąd nie przegonił. Wróciła na korytarz i szła powoli przed siebie, mijana przez pracowników swego pierwowzoru, zwijających się jak w ukropie, jakby całe to zamieszanie nie dotyczyło jej ani odrobinę. Wtedy jej świadomość przeniknęło pierwsze ostrzeżenie o wyczerpywaniu ogniw.
Tak szybko?
Szła, aż zatrzymała się przy windzie. Zawahała się, ale tylko na moment. Odstawiła pudło na podłogę, odsunęła kratę, otworzyła drzwi. Schyliła się po rzeczy Małgorzaty, przeniosła je do wagonika, wyprostowała się, nacisnęła znajomy przycisk. Gdy winda ruszyła, androidka zerknęła w górę: opleciona pajęczyną lampa zamrugała znacząco. Kolejne déjà vu – tym razem jej własne.
Po drodze do hali doków zostawiła pudło w archiwum. Ta część stacji pozostała nietknięta przez ludzi Harris, a w znajomej skrzynce wciąż leżały kości pamięci ze wspomnieniami zmarłych naukowców. Margaret przyglądała im się chwilę, po czym zabrała je ze sobą w dalszą drogę, wraz z jednym z pogniecionych zdjęć ekipy „Hermaszewskiego”. Organizm androidki ponawiał sygnały o wyczerpujących się ogniwach. Po każdym kolejnym czuła się słabsza; na moment ciemniało od nich w oczach. Przestała oddychać, a odkąd odpięła się od zasilania reaktora batyskafu, jej ciało zużywało energię jak szalone.
Nie niepokojona przez nikogo pokonała schody, przemierzyła płytę doków i zatrzymała się przy barierce basenu. Odwróciła się, spojrzała w górę pod sufit, ale platforma pozostała pusta. Zwiesiła głowę; tym razem nie miała komu pomachać na pożegnanie. Uznała, że wybrała właściwe wyjście z sytuacji.
Wróciła do oceanu.

Sally 07.03.2021 22:13 304 wyświetleń 8 komentarzy Drukuj

8 komentarzy

Pozostaw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Bohdan
    Bardzo dobry kawał klasycznego sci-fi. Pewnie to tylko moje skojarzenie, ale gdyby ktoś zechciał nakręcić trójkę Blade Runner, to zarys scenariusza mógłby znaleźć w tym opowiadaniu. Podczas lektury często stawała mi przed oczami sceneria z tego właśnie filmu. Czyta się jednym tchem, bo też i sposób napisania stoi na wysokim poziomie. Jeden z lepszych tekstów z jakimi ostatnio się zapoznałem. Oceniam wysoko: 8.
    - 17.03.2021 15:17
    • Helena Chaos
      Za takimi tekstami tęskniłam. Każda konieczność przerwania lektury mnie dosłownie bolała i nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła kontynuować.
      Myślę, że gdyby Ridley Scott zabrał się za Lema, to mniej więcej tak by to wyglądało. I to jest z mojej strony komplement. Klimatem tekst trochę kojarzy mi się z "Prometeuszem". Ta tajemnica i niepokój przebijają przez każdy fragment tekstu i niesamowicie wciagają. Myślę, że chęć rozwiązania zagadki przez czytelnika dorównuje determinacji Margaret.
      Opowiadanie jest napisane naprawdę świetnie. Balans pomiędzy psychologią a technikaliami wypada tak dobrze, że nawet taki technologiczny laik jak ja nie czuł się zagubiony. Postaci są jak żywe, nawet stare roboty nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Właściwie chyba pierwszy raz spotkałam się z historią rodzinną, bo chyba tym w swojej istocie jest ten tekst, tak wiarygodnie ubraną w kombinezon science fiction. Można chyba powiedzieć, że to obyczajówka przyszłości Smile I to też komplement!
      Jedyne, co mnie trochę rozczarowało, to właśnie rozwiązanie zagadki. Czy raczej, jej brak. Zastanawiam się, czy coś mi tu nie umknęło. Bo z jednej strony wydaje mi się, że Małgorzata i sztuczna Margaret zabrały do grobu zbyt wiele tajemnic. Z drugiej, być może chodziło właśnie o to, że odpowiedź, której tak szukała Małgorzata, czyli dlaczego Piotr nie wrócił, ukryła się właśnie w zachowaniu Margaret, która ryzykowała życie tylko po to, żeby płynąć dalej i dalej. Ale jest to dla mnie trochę zbyt "przetajemniczone". Co nie znaczy, że uważam tekst za niespójny. Może faktycznie umknęła mi jakaś kluczowa informacja, choc przyznaję, że lektura zupełnie odcięła mnie od świata, więc to raczej nie to.
      Za to małe rozczarowanie na końcu zostawiam dziewieć, bo pomimo tego lektura naprawdę była czystą przyjemnością.
      - 19.03.2021 12:42
      • Tjereszkowa
        Początek czytało mi się trudno. Jakoś nie mogłam wczuć się w ducha tekstu, zacząć patrzeć na zarysowywane uniwersum jak na wiarygodny świat. Momentami wręcz wkurzało mnie, że android mało maszynowy, a Małgorzata dziwna. Tak naprawdę dopiero za połową zaczęłam naprawdę czytać – tzn. dałam się porwać historii. To, co od pierwszych akapitów stanowiło wadę, stało się największą atrakcją tekstu. Bo tu maszyny są bardziej ludzkie od ludzi, ludzie zaś wyprani z emocji i jakoś nieludzcy... Wątek z wyciąganiem informacji od Małgorzaty, mozolne składanie przez androida ich w całość – to najlepszy dla mnie moment opowiadania. Końcówka właściwa, choć przewidywalna – ale nie mogło być innej.
        Dla mnie tak naprawdę to nie jest tekst SF. Znaczy jest... ale meritum przekazu leży poza gatunkiem. Miałam identyczne odczucie po obejrzeniu "Ex Machiny" Garlanda.
        Dla mnie to opowiadanie o granicach człowieczeństwa. Co sprawia że jesteśmy ludźmi? Ciało? Pamięć? Samoświadomość? Coś co wydaje się oczywiste przestaje się takie wydawać po zagłębieniu w temat. I to nie są czcze rozważania. W końcu będziemy musieli (jako ludzie) na takie pytania odpowiedzieć.

        Bardzo dobry tekst. Zostawiam 8.
        - 22.03.2021 01:24
        • MalaWiedzma
          Pierwsza myśl - Tichy? Ijon Tichy? Hmmm. Fanfik? A, nie, to nazwa planety. Nieco skołowana usiadłam do tego tekstu, ale podobał mi się.
          I cóż mogę powiedzieć. Sprawnie napisane, całkiem wciągające. Podobało mi się, twistów się raczej domyśliłam, ale za nawiązania dam 7, bo naprawdę czuję sentyment, chociaż rzadko czytuję ten gatunek.
          - 23.03.2021 17:25
          • Sally
            No, zlew odetkany ;P

            Na wstępie chcę przeprosić recenzentów, bo pod którymś z poprzednich tekstów obiecywałam, że takich tasiemców więcej wrzucać nie będę. Niestety, po przejrzeniu tekstów krótkich uznałam, że mało co się nadaje, a co się nadaje, to już było na HuH. Tyle są warte moje obietnice...

            Tekst pochodzi z konkursu na portalu NF i pierwotnie był krótszy, a motywacje bohaterki inne (chciała pobić rekord Piotra w opływaniu gór na czas). Konkurs polegał na tym, by opisać jakiś heroiczny wyczyn w górach. Były więc góry i heroiczny wyczyn, a że góry nie te i wyczyn też jakby stanowił tylko tło dla psychologicznej sieczki, to pomimo dość wysokiego miejsca w punktacji do finałowej antologii nie trafił. Trafił za to gdzieś indziej, a następnie na HuH. Ogólnie uważam go za dość udany i jeszcze mi się podoba (na razie, bo jestem pewna, że za rok, dwa, uznam go za naiwny gniot - obecnie czas podobania mi się moich tekstów znacząco się skraca).

            Wasze skojarzenia z Blade Runnerem są jak najbardziej na miejscu. Na NF też mi to wytykano. Nie planowałam aż takiej wtórności - samo jakoś wyszło. Widocznie te popkulturalne skojarzenia siedzą w człowieku tak głęboko, że wyłażą przy każdej okazji. O podobieństwie do Prometeusza czytam pierwszy raz.

            Ogólnie dziękuję wszystkim za poświęcony czas i nieco przesadzone (niektóre) oceny Wink
            - 02.04.2021 22:53
            • Bohdan
              Nie planowałam aż takiej wtórności - samo jakoś wyszło.

              Żadna to wtórność. Wyraźnie zaznaczyłem, że tekst mógłby posłużyć do kolejnej części BR. Powtarzam: kolejnej. Pisząc o tym, miałem na myśli klimat opowiadania, który wtłaczał mi co rusz scenerię z obrazu Scotta. Mroczny, gęsty, tajemniczy. Tak to subiektywnie odebrałem.
              - 03.04.2021 16:54
              • Helena Chaos
                Na początku chciałabym Ci powiedzieć, i podejrzewam, że mówię tu za wszystkich recenzentów, że zdecydowanie bardziej wolę przeczytać świetny tasiemiec, niż krótkie opowiadanie, powielające dziesiąty raz ten sam temat i naszpikowane standardowymi błędami. To, w jakim tempie schodzą u nas teksty nijak się ma do kwestii ich długości i autorstwa, więc nie rozumiem, dlaczego kolejny raz odbierasz to osobiście.

                Na moje oko, zmiana motywacji zdecydowanie na plus. Zwykła rywalizacja nie dałaby chyba takiej "głębi" (idealne słowo!). Chyba tekst byłby bardziej płaski i nie tak wielopłaszczyznowy.

                Wtórność w stosunku do "Blade Runner"? No to musiałabyś absolutnie każdy utwór z androidami uznać za zżynkę z Dicka, bo to jak dla mnie jedyne podobieństwo. To trochę jak powiedzieć, że Sapkowski zżyna z Tolkiena, bo i tu i tu są elfy...

                W kwesti "Prometeusza" absolutnie nie miałam na myśli kwestii fabularnych. Chodziło mi o atmosferę na statku i taki niepokój przetykany dystansem, który tam też towarzyszy relacjom między ludźmi a androidami. Tutaj może nie widać tego między Małgorzatą i Margaret, ale ja jako czytelnik chyba bardziej wyczytałam to z zachowania właśnie Margaret. Jest pełna tajemnic i choć przecież u Ciebie zupełnie niegroźna, to jednak zapala się w głowie jakaś lampka, że nie wiadomo, na co ją stać.
                - 07.04.2021 12:36
                • Sally
                  Nie przesadzałabym z tym osobistym odbiorem. Po prostu pod którymś z długich tekstów (bodajże Przetargiem) zarzekałam się, że odtąd będę wrzucać krótkie teksty, więc uznałam za stosowne się wytłumaczyć. I tyle.
                  Fabularnie oczywiście te teksty są o czymś innym. Ale którejś z kolei osobie "się kojarzą" więc jakieś tam podobieństwo istnieje.

                  edit: mam jeszcze drugą część tego, w klimacie młodzieżowym. To byłby Blade Runner Young Adult Smile
                  - 08.04.2021 22:11
                  Zaloguj
                  Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.
                  Zapomniałeś/aś hasła?
                  Shoutbox
                  Musisz się zalogować, aby opublikować wiadomość.
                  FortApache4 dni temu#60707
                  Na portalu NF "Twarze" tutaj -> https://www.fantastyka.pl/opowiadania...okaz/29069
                  Komentarze mile widziane.
                  Pozdrówka. Smile Smile Smile
                  FortApache6 dni temu#60706
                  Dzisiaj ukazała się wrześniowa "Histeria", a w niej moje "Twarze".
                  Tutaj -> http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/
                  Spokojnej lektury.
                  Pozdrówka.Smile Smile Smile
                  FortApache20 dni temu#60699
                  W wrześniowej "Histerii" kolejne moje opowiadanie, pod wiele mówiącym tytułem "Twarze". Polecam.
                  Pozdrówka. Smile Smile Smile
                  Nathien
                  Nathien24 dni temu#60698
                  W sumie to nie spodziewałam się nic innego Grin Ale cieszę się, że tu jeszcze zaglądasz i mi odpowiedziałeś :p
                  unplugged
                  unplugged29 dni temu#60697
                  Szczerze, to nie Smile
                  Aktualnie online
                  Gości online 7
                  Użytkowników online 0

                  Łącznie użytkowników: 795
                  Najnowszy użytkownik: PrimeAdmin