w Artykuły: Ostatni Kontakt - gary_joiner - Herbatka u Heleny

Artykuły



Ostatni Kontakt - gary_joiner

RECENZENCI POLECAJĄ!
Kategoria: science fiction

@edit 11.02.2021
Wrzuciłem brakujący fragment ostatniego zdania. Odrobiną CTRL-A i CTRL-C i człowiek się gubi :(

RECENZENCI POLECAJĄ!
Kategoria: science fiction (scn)




Specjalisto od ostatniego kontaktu powoli toczyło się do sali przesłuchań. Zdecydowanie wolniej, niż chciało. Często ekstrapolowało tę chwilę i zawsze było wtedy jej gwiazdą: dziarską, zdecydowaną i lśniącą. Bo jak to tak, najważniejsze zadanie w jego egzystencji, a ono turla się ku niemu w żółwim tempie, jakby przydzielono mu je za karę.
Zatrzymało się przy oknie, żeby zarejestrować widok rozciągający się poza budynkiem. Panorama okazała się nieciekawa i statyczna: piaszczysty dziedziniec i kilka drzew. Przepuściło czyścicielo podłóg wywodzącego się z prototypowych egzemplarzy. Wysłało mu kilka uprzejmych pakietów danych. Było niewiele młodsze i niewiele przydatniejsze od czyścicielo, więc nie zamierzało się wywyższać.
Miarka przebrała się, kiedy specjalisto zorientowało się, że zwalnia przed każdym mikropęknięciem i rysą na betonowej posadzce, jakby bało się, że niespodziewanie skurczy się do rozmiaru kilku mikronów i z żałosnym piskiem runie do wnętrza Ziemi. Udało, że ma aparat oddechowy i bierze głęboki wdech, po czym zaserwowało sobie odrobinę szczerego, bezkompromisowego wglądu.
Miało spotkać największego zbrodniarza w historii ludzkości, istotę o niemalże boskich mocach i diabelskim charakterze. Wojciecha Kowalewskiego. Nie chodziło o towarzyską pogawędkę, w trakcie której mogliby sobie emocjonalnie wygarnąć to i owo, ale o przesłuchanie, pierwsze i ostatnie, w trakcie którego specjalisto miało zmusić byłego człowieka do wyznania win, zdradzenia sekretów, a najlepiej jeszcze wyrażeni gorzkich żali i szczerych przeprosin. Nic dziwnego, że było poddenerwowane.
Wyregulowało podprogramy napięcia emocjonalnego, niwelując efekty zero-jedynkowego odpowiednika stresu. Przyśpieszyło, choć bardziej dla dodania sobie animuszu, niż z praktycznych powodów. Od drzwi prowadzących do sali przesłuchań dzieliło je już tylko kilkanaście metrów.
Miało uczciwą szansę wyciągnąć z Kowalewskiego wszystko, czego potrzebowało. Było speszone perspektywą wyjątkowego spotkania, owszem, ale on musiał oswajać się z problemem większego kalibru: widmem szybko nadciągającej śmierci. Ponadto specjalisto miało kilka emocjonalnych asów w obudowie manipulatora. Odpaliło emulator trudnego charakteru, podkręciło procesy erystyczne, zarezerwowało terabajty pamięci operacyjnej na słowniki, idiomy i zasady gramatyki, po czym wjechało do sali.

Wojciech Kowalewski huśtał się na krześle, ryzykowanie balansując na jego tylnych nogach. Robił przy tym bańki ze śliny. Mimo, że nie były to sztuki na miarę cyrku, to specjalisto od ostatniego kontaktu stanęło jak wryte. Kowalewski roześmiał się, usiadł w cywilizowany sposób i otarł usta dłonią.
- Chciałem jeszcze żonglować, ale nikt nie chciał mi dać piłek ani nawet kartek, żebym mógł sobie własnoręcznie wymiąć kulki. Chyba bali się, że tchnę w nie życie czy coś.
Wypełnił osiemnaście metrów sześciennych sali dudniącym rechotem. Specjalisto nie potrafiło ocenić czy radość była szczera, czy symulowana po to, żeby zbić je z pantałyku. To że nie potrafiło, nie powstrzymało go jednak przed spróbowaniem, w konsekwencji czego zmarnowało kolejne sekundy, zupełnie tracąc inicjatywę.
- Fajny korpus - pochwalił tymczasem Kowalewski. - Przypomina trochę robota zabawkę, którego uwielbiałem w dzieciństwie. Przeżyliśmy z nim wiele wspaniałych przygód. Ale te twoje kółeczka wyglądają dziadowsko. Dlaczego nie sprawiłeś sobie gąsienic? Mój robot miał gąsienice. Albo czemu w ogóle nie zaszalałeś i nie trzasnąłeś sobie, bo ja wiem, sześciu trzystawowych odnóży? Musisz być niezłym ważniakiem, skoro cię do mnie dopuścili, więc pewnie stać cię, a te kółeczka zwyczajnie nie licują z powagą pełnionego przez ciebie urzędu. Jaki by tam nie był.
- Też masz fajny korpus – odparło specjalisto. - Byłaby wielka szkoda, gdyby ktoś przez niego przepuścił dwa tysiące woltów. Wygląda na dobry przewodnik.
Kowalewski odpowiedział śmiechem, ale o decybel za głośnym, o oktawę za niskim i o sekundę za długim. Specjalisto ucieszyło się, że nigdy nie przyprawiło sobie twarzy, bo rozpłynęłaby się w zupełnie nie pokerowym uśmiechu. Potoczyło się do ustawionego na środku salki stołu, żeby ulokować się naprzeciw byłego człowieka.
- Sugerujesz, że mogę się jakoś uratować? To propozycja współpracy? – Spytał Kowalewski.
- Wyobraź sobie, że mam ramiona i nimi wzruszam. Możesz spróbować się uratować. Przyjechałom żeby poznać twoją wersję wydarzeń, a potem przekazać ją... Decydentom. Nie mogę dać ci żadnych gwarancji, ani nawet uczciwego "masz sporą szansę", bo egzekucja jest już zaplanowana.
- Moją wersję wydarzeń?
Kowalewski zachichotał, tym razem bez fałszywych nut i kontynuował:
- Interesujący dobór słów. Słuchaj, w co my tutaj gramy? Tylko szczerze, jak biobot z człowiekiem. Macie przecież wszystko udokumentowane czarno na białym, pewnie w tysiącu i jednej kopii. Oczekujesz, że przyznam się do wszystkiego i zacznę błagać o wybaczenie, rzęsiście zraszając łzami porcięta, i tak już mokre, bo zaszczane ze strachu? Jeżeli tak, to chyba masz jakiś defekt pod tym ślicznym korpusikiem.
- Pomyliłeś się o kilka rzędów wielkości.
- Słucham?
- Mamy wszystko udokumentowane w milionach różnych papierzysk i nagrań. Tyle, że większość z nich jest, co najwyżej umiarkowanie wiarygodna. Nie zrozum mnie źle, tabun kronikarzo i śledczo odtworzył historię wydarzeń ostatniego miesiąca w zadowalający sposób. Uznano jednak, że nierozsądnie byłoby nie zaczerpnąć wiedzy u źródła. Czyli od ciebie. Nikt nie spodziewa się nowych istotnych informacji, ale niektórych interesuje unikalny kontekst, w jakim tylko ty możesz osadzić te, którymi już dysponujemy. Ostatecznie chodzi o śmierć starej i narodziny nowej cywilizacji.
- W porządku. Od czego mam zacząć? Kusi mnie, żeby od początku, ale pewnie nie masz ochoty na zabawy rodem z baśni tysiąca i jednej nocy.
- Opowiedz jak to się stało, że odkryłeś źródło świadomości.

Apatycznie grzebałem w plazmidach Bacteroides vulgatus rozmyślając nad tym, co jest ze mną właściwie nie tak. Dysponowałem skrupulatnie sporządzoną, dekadami uzupełnianą listą własnych uchybień i niedoskonałości: od koślawych stóp po przedwcześnie łysiejący czubek głowy. Żadne z nich nie wydawało się główną przyczyną moich zmartwień, mimo że do analizy problemu posłużyłem się najbardziej karkołomnymi wariantami teorii chaosu, jakie przytępiony monotonią umysł potrafił sformułować. Pozostawałem naukowcem i nie mogłem sam siebie przekonać, że jestem pusty w środku, bo platfus stanął mi na drodze do zostania gwiazdą sportu, czy że gdyby nie brak czupryny, to kobiety mordowałyby się o przywilej rodzenia moich dzieci i wiernego, czułego tkwienia u mego boku.
Utknąłem w szarej, obrzydliwie rozciągliwej teraźniejszości. Z barwnymi wspomnieniami wszystkich emocjonujących, podgrzewających krew w żyłach pierwszych razów z jednej strony osi czasu, i przejaskrawionymi wizualizacjami dzikich, coraz mniej osiągalnych marzeń z drugiej.
Modyfikowałem bakterie wchodzące w skład mikroflory ludzkiego układu pokarmowego. Pracowałem dla korporacji farmaceutycznej, która nawet nie próbowała udawać, że interesuje ją cokolwiek poza generowaniem coraz to większych zysków. Kiedy koledzy z uczelni zalewali Internet zdjęciami młodych żon, zdrowych dzieci, odpicowanych samochodów, szybkich motorówek i egzotycznych lokacji, ja tkwiłem w czystym pomieszczeniu z przedstawicielami Firmicutes, Bacteroides, Actinobacteria, Proteobacteria i kwiatem polskiej młodzieży, praktykującej bycie półdarmowym substytutem dla laborantów. Kiedy koleżanki urabiały się po łokcie nad Lactobacillus żeby wzmocnić jej właściwości zapewniające częściową ochronę przed HIV lub wywoływały koszmary u dentystów, pozbawiając Streptococcus mutans możliwości wytwarzania kwasu mlekowego i wywoływania próchnicy, ja grzebałem przy tych nieszczęsnych Bacteroides vulgatus, żeby nabić kabzy cholera wie komu, tworząc kolejny cudowny, nic a nic nie szkodliwy, zupełnie nieuzależniający, przyjazny dla środowiska i zapakowany w estetyczne kapsułki w pogodnych pastelowych kolorach środek na odchudzanie.
Co gorsza, wiedziałem, że ze stabilną, niewymagającą wysiłku pracą, wynagrodzeniem stanowiącym cztery krajowe średnie i domkiem na przedmieściach nie miałem moralnego prawa do złego samopoczucia. To tylko pogarszało mój i tak już paskudny nastrój.
Czułem się jakbym w wieku osiemnastu lat zamknął na ułamek sekundy swoje bystre, pełne nadziei oczy, a kiedy je ponownie otworzyłem, tkwiłem w otłuszczonym, podstarzałym cielsku, tkwiącym w klatce skleconej z ambicji, konformizmu i lenistwa.
Wciąż użalałem się nad sobą, kiedy przed fajrantem częstowałem szczury laboratoryjne zmodyfikowanymi Bacteroides vulgatus. Głownie z powodu uogólnionej nieszczęśliwości, ale i dlatego, że przypadły mi obowiązki laborantów, którzy trzy dni wcześniej grupowo zrezygnowali z praktyk. Tak pochłonięty byłem beznadzieją, że nie zwróciłem uwagi na to, że jeden z gryzoni jest w równie, o ile nie bardziej opłakanym stanie, co ja. Nie zawuażyłem, jak szczur nerwowo krążył po klatce, piszcząc żałośnie i wymachując zakrwawionym pyszczkiem, pokaleczonym w próbie przegryzienia krat.
O własnym braku profesjonalizmu przekonałem się dopiero następnego dnia rano, kiedy nie do końca wyspany, ale przepojony kawą kontrolowałem wagę zwierząt laboratoryjnych. Dostrzegłem brunatne plamki na dnie klatki i białym futrze. Przejżałem nagrania monitoringu z poprzedniego dnia. Palnąłem się dłonią w czoło.
Przerwanie ciągłości skóry i błon śluzowych dyskwalifikowało szczura jako obiekt testowy. Nowosperparowany szczep bakterii powinien trafić do układu pokarmowego, skąd za pośrednictwem osi jelitowo-mózgowej miał oddziaływać na ośrodek głodu i sytości, hamując, czy przynajmniej próbując hamować, łaknienie. Tymczasem przez rany trafił również do krwiobiegu, gdzie mógł wyprawiać, co mu się żywnie podobało, wypaczając wyniki eksperymentu.
Fiasko badawcze powinno skończyć się utylizacją szczura i kolejną sesją użalania się nad sobą mnie, ale nie potrafiłem zdobyć się na uśmiercenie gryzonia. Minęło półtorej dekady odkąd ostatnio włożyłem żywe stworzenie do szczelnej komory, żeby wykończyć je dwutlenkiem węgla i nie paliło mi się do odświeżania tego doświadczenia. Z drugiej strony: pozostawienie udręczonego gryzonia przy życiu, na pastwę bardzo prawdopodobnej infekcji, nie wydawało się wcale bardziej humanitarne od zadania mu równie bolesnej, ale przynajmniej szybkiej śmierci.
- I co ja mam z tobą zrobić? - spytałem.
- Pip – odpowiedział szczur.
- To niezbyt pomocne.
- Pip.
Miło było porozmawiać. Od czasu wielkiej ucieczki praktykantów nie miałem się do kogo odezwać w godzinach pracy. Szczur co prawda nie dysponował tak szerokim zasobem słownictwa, jak laboranci, ale miał przyjemniejszą barwę głosu i równie dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia.
- Jeden pip na szybką śmierć, dwa pip na przedłużone cierpienia na tym padole łez i nie do końca etycznych eksperymentów.
- Pip, pip, pip.
Zachichotałem, ale radość nie trwała długo. Wystarczyło, że uświadomiłem sobie, że nie pamiętam kiedy ostatni raz śmiałem się w podobnie szczery sposób, żeby pozbawić się dobrego humoru. Zrób karierę w bioinżynierii, mówili. Zdobędziesz prestiż, pieniądze, uznanie kobiet i zazdrość mężczyzn, mówili. Jedynym powodem do radości w twoim przepełnionym sukcesami życiu będą piski szczura, którego sam udręczyłeś, zapomnieli wspomnieć.
- Pip – pocieszył mnie gryzoń.
Ze szczurem, podobnie jak ze mną, było coś zdecydowanie nie tak. Sposób w jaki wodził za mną oczami i piski wydawane w komicznie właściwych momentach wyróżniały go na tle braci i sióstr stłoczonych w pobliskich klatkach. Szczur był najpewniej szalony. Możliwe, że też byłem szalony i z całą pewnością znudzony, bo nie tylko wziąłem pod uwagę możliwość że nietypowe zachowanie gryzonia jest efektem infekcji bakterią, ale i przetestowałem tę ewentualność. Zaczerpnąłem zmodyfikowanej Bacteroides vulgatus do strzykawki i wtłoczyłem ją do krwiobiegu dwóch zwyczajnych, normalnych, nieużywanych dotąd szczurów.
Następnego dnia wszystkie trzy gryzonie śledziły mnie wzrokiem i popiskiwały we właściwych momentach. Co więcej, wszystkie trzy robiły to w idealnej synchronizacji: wykonując dokładnie te same ruchy i wydając identycznie brzmiące dźwięki. Ekscytujący rozwój wypadków.
Wycofałem się z klitki z klatkami żeby przeanalizować sytuację. Zanurzyłem się po uszy w mrocznych odmętach internetowych źródeł mądrości. Zacząłem od odświeżenia informacji dotyczących gryzoni, ale poziom mojej wiedzy okazał się zadowalająco aktualny. Szczury wciąż pozostawały totemicznymi zwierzętami behawiorystów. Wciąż nie przechodziły spontanicznych przemian wewnętrznych. Nie doznawały nagłych objawień, upierając się przy konsekwentnym reagowaniu na bodźce.
Podobnie niewiele zmieniło się w zakresie objawów bakteriemii i sepsy. Pierwsza prawie w ogóle nie dawała o sobie znać i potrzeba było badania krwi, żeby ją zdiagnozować. Druga wywoływała gorączkę, biegunkę i wymioty. Według doktora Googla żadna choroba nie skłaniała nikogo do spontanicznego formowania piskliwych tercetów i synchronizowania motoryki z innymi zainfekowanymi.
Dopiero seria artykułów omawiających przypadkowe odkrycie bakterii wchodzących w skład mikroflory jelitowej, dokazujących w najlepsze poza układem pokarmowym naprowadziła mnie na trop. Zespół Rosalindy Roberts obserwował wycinki ludzkich mózgów pod mikroskopem elektronowym w ramach projektu badawczego, którego celem było zgłębienie związku między fizjologicznymi patologiami układu nerwowego, a schizofrenią. Wszyscy pomrukiwali z aprobatą w laboratoryjnie akceptowalny sposób, wskazując sobie wzajemnie elementy neuronów, możliwe że szepcząc ich łacińskie nazwy i wymieniając ciekawostki natury biologicznej, kiedy przed obiektyw wpadła im bakteria jelitowa, i druga, i trzecia. Bezwstydnie rozgoszczone wewnątrz aksonu, brukając tym samym organ historycznie uważany za sterylny.
Co więcej, niespodziewani bakteryjni goście nie sprowokowali reakcji obronnych organizmu. Nie wywołali stanu zapalnego i najwyraźniej czuli się w układzie nerwowym jak w domu. Badacze potwierdzili obserwacje na wycinkach kilkunastu innych mózgów, zarówno tych których byli użytkownicy cierpieli na schizofrenię, jak i należących do osób zdrowych. Rozsądnie nie pokusili się jednak o serwowanie wyjaśnień znaleziska. Nikt pod własnym nazwiskiem nie chciał ryzykować zgadywania, jakim sposobem bakterie pokonały barierę krew-mózg, dlaczego nie zostały unicestwione przez system immunologiczny i jakie znaczenie, jeżeli w ogóle jakieś, miała ich obecność dla funkcjonowania układu nerwowego człowieka.
Miałem pomysł, jak odpowiedzieć na ostatnie pytanie, ale powstrzymywałem się przed formułowaniem ostatecznych wniosków. W końcu miałem coś ciekawego do roboty, nie zamierzałem się spieszyć.
Zainfekowałem pozostałe szczury, łącznie było ich dwadzieścia, zmodyfikowaną Bacteroides vulgatus i poszedłem do domu, gdzie po raz pierwszy od kilku miesięcy przespałem smacznie całą noc. Śniłem piękne, barwne sny o byciu ważnym, potrzebnym i uznanym. Takie wypełnione smakiem i bombelkowaniem szampana, lśnieniem złotej czcionki, którą moje nazwisko zapisało się w historii i symfonią skomponowaną z oklasków, podziękowań i kokieteryjnego chichotu kobiet.
Następnego dnia przeprowadziłem na kilkorgu włochatych przyjaciołach test lustra. Odseparowałem szczury, potraktowałem krótkoterminowym znieczuleniem ogólnym, namalowałem czerwone kropki między ślepiami. Kiedy się wybudzały podsuwałem im lustra. Każdy z nich niezwłocznie przystąpił do ścierania nieestetycznej kropki łapkami, mimochodem dowodząc, że rozpoznał własne odbicie, co z kolei sugerowało świadomość własnej egzystencji, nigdy dotąd u żadnych gryzoni niezaobserwowanej. Jakby tych rewelacji było mało, każdy szczur potraktował mnie pełnym wyrzutu, oburzonym "pip" ledwo tylko doprowadził futerko do jako

- Wystarczy – przerwało specjalisto od ostatniego kontaktu. - Podsumujmy: przez przypadek odkryłeś, że to bakterie jelitowe są nośnikami świadomości, czy, precyzyjniej rzecz ujmując, odkryłeś to, bo byłeś ofiarą kryzysu wieku średniego, nieleczonej depresji i losu. Dobrze rozumiem?
- To zbyt daleko idące uproszczenie, jak na gust mojego skurczonego, ale wciąż całkiem sporego ego. Powiedziałbym, że powiązałem ze sobą sporo informacji i wyciągnąłem z nich trafne, przełomowe wnioski – odparł Kowalewski.
- Informacji zdobytych przypadkiem i wyczytanych w Internecie, ale owszem, nie zamierzam kwestionować, że ty pierwszy zgłębiłeś sekret świadomości. O mistrzu. Kwestionuję jedynie jakość stylu, w jakim tego dokonałeś.
- Będziemy się przekomarzać czy mam opowiadać co wydarzyło się dalej?
- Jeszcze chwilę. Jak wyjaśnisz to, że zmodyfikowane przez ciebie bakterie pożerały inne, wygryzając ze szczurzych mózgów oryginalnych mikrolokatorów? Kolejny przypadek?
- To była świadomie wprowadzona przeróbka. Mówiłem przecież, że te bakterie miały zmniejszać łaknienie, a żeby to zrobić musiały zyskać przewagę liczebną nad krewniakami w jelicie. Inaczej nie miały szansy mieć wpływu na cokolwiek.
- Brzmi rozsądnie. Dobra robota.
- Dzięki. Mam kontynuować historię mego wzlotu i upadku?
- Poproszę, ale byłoby dobrze, i to dla wszystkich, gdybyś opowiadając powstrzymał się przed dalszym wybielaniem własnej osoby, albo chociaż robił to na tyle subtelnie, żeby nie raziło w mikrofony.
- Co?
- Wątki poboczne ze szczurami. Biedny, wrażliwy Wojtuś troską o braci mniejszych konkurujący niemal z doktorem Dolittle. Przesadziłeś.
Kowalewski uśmiechnął się z przekąsem.
- Kiedy ja naprawdę bardzo polubiłem moje gryzonie.
- Jasne. Opowiedz proszę, co wydarzyło się później.

Następnego dnia odwiedził mnie szef. Chociaż szef to nieprecyzyjne określenie funkcji tego pożal się boże człowieka. Sugeruje, że dysponował władzą i decyzyjnością, a ani jednego, ani drugiego nie miał choćby za grosz. Był korporacyjnym menadżerem średniego szczebla, takim z rozmytymi kompetencjami i idiotycznie długim ciągiem pseudolosowych słów i akronimów zamiast nazwy stanowiska. Był SCRUM Masterem AGILE Oficerem LEAN Koordynatorem dla EMEA. Jego jedynymi obowiązkami było cotygodniowe szpanowaniem stopką mejla i dobre prezentowanie się w garniturze, co przydawało się kiedy trzeba było przeciąć wstążkę, zapozować do zdjęcia czy oprowadzić jakiegoś ważniaka po zakładzie.
Pech chciał, że dopadł mnie akurat kiedy grzebałem we własnym gównie. A on z dumą i swadą opowiadał o sterylnych warunkach pracy i profesjonalizmie personelu, demonstrując laboratoria lokalnym watażkom partyjnym. Goście nie byli zachwyceni. Na nic zdały się tłumaczenia, że ekstrachuję krytyczne dla rozwoju ludzkości szczepy mikroflory z naukowo pozyskanych odchodów. Nie pomogły wyjaśnienia SMAOLKdEa, że wiecie państwo, bioinżynieria, biologia, kupa, he, he, te sprawy. Pan polityk zarzygał sobie czubki prześlicznych butów, a pani polityk zbladła i uciekła. SMAOLKdE spróbował zabić mnie wzrokiem, a kiedy to nie wyszło, sam wyszedł, z panem politykiem na holu, zapowiadając, że jeszcze wróci wyjaśnić tę gównianą sytuację.
Spełnił obietnicę, z konsekwencją godną lepszej sprawy wybierając kiepski moment na wizytę. Zdążyłem już zmodyfikować pozyskane z moich odchodów Bacteroides vulgatus i namnożyć ich tyle, żeby wypełnić szczepem strzykawkę. Miałem dokonać wiekopomnego przełomu i wycelowałem już igłę w żyłę dopiero co sprowadzonego, niezainfekowanego futrzastego przyjaciela, kiedy do klitki z klatkami wpadł SMAOLKdE.
Wymachiwał rękami i nadymał rozpalone emocjami poliki. Wykrzykiwał o kompromitacji i degrengoladzie. Wrzeszczał o haniebnej utracie prestiżu, plując mi w twarz, nieumyślnie, ale jednak. Wreszcie zauważył, że dwadzieścia szczurów wodzi za nim wzrokiem. Wszystkie spacerowały od jednej ściany klatki do drugiej, w idealnie zsynchronizowanym rytmie. SMAOLKdE zastygł z rozdziawionymi ustami na sekundę czy dwie, po czym wrócił do darcia się ze zdwojoną energią: że jak chcę się grzebać w gównie i tresować szczury to on mi, kurwa, załatwi przeniesienie do cyrku i podobnie miłe rzeczy. Zaczął szarpać poły mojego kitla. Odepchnąłem go. Przywalił mi otwartą dłonią w twarz. Oddałem, rozkwaszając mu wargi. Zamachnął się znowu, a ja zasłoniłem się, zapominając że trzymam strzykawkę. Nadział się na igłę. Nie spodobało

- Chwila! - specjalisto od ostatniego kontaktu przerwał opowieść Kowalewskiego. - Wybacz, że zaburzam ciągłość narracji, ale muszę wyrazić współczucie z powodu kolejnego nieszczęśliwego przypadku, którego stałeś się ofiarą. Przykro mi, że zupełnie nieprawdopodobny ciąg pechowych wydarzeń postawił cię w tak trudnej sytuacji. Wiem, że to niczyja wina, z całą pewnością nie twoja, ale przyjmij proszę przeprosiny w imieniu złośliwego wszechświata, którego wszak integralną częścią jestem i ja, za to, że twój przełożony nadział się na igłę, którą trzymałeś. To musiało być bardzo traumatyczne.
Kowalewski uśmiechnął się uprzejmie.
- No dobra – stwierdził po chwili namysłu. - Być może SMAOLKdE nie tyle się nadział, co został dziabnięty. Może nawet dziabnięty nie tyle w afekcie, co z rozmysłem. Był strasznym chujem. Zresztą w pewnym sensie sam był sobie winien. Gdyby zadbał finansowo o laborantów w minimalnym choćby stopniu, to wszystko byłoby po staremu, a on sam wciąż miałby się świetnie.
- Znowu zrzucasz winę na innych. Spodziewałem się tego, ostatecznie robisz tak od dziecka, ale, do jasnego kowalewskiego, mógłbyś wykazać trochę umiaru? To jest tak niedojrzałe, że aż żenujące.
Kowalewskiemu pochlebiło, że jego nazwisko przeszło do języka potocznego, mimo, że podejrzewał, że stanowi raczej substytut cholery niż Anielki.
- Uznajmy, że odpowiedzialność była rozproszona – stwierdził polubownie. – Decyzja była moja, przyznaję, ale nie podjąłbym jej gdyby SMAOLKdE nie zachował się tak, jak się zachował. Może nie podjąłbym jej, gdybym nie miał, jak to raczyłeś określić: nieleczonej depresji i kryzysu wieku średniego. Wolna wola to fajny abstrakcyjny konstrukt, ale oboje chyba wiemy, że przyjął się tylko dlatego, że istoty świadome lubią wierzyć, że mają kontrolę nad czymkolwiek. Może gdybym został inaczej wychowany, nigdy bym nikogo nie zainfekował? Z pewnością bym tego nie zrobił, gdybym urodził się delfinem albo
- Wystarczy. Zanotowałem, że przerywanie twojej relacji jest kontrproduktywne. Obiecuję więcej tego nie robić. Kontynuuj proszę, zanim przeciążysz moje procesory morderczą mieszanką dygresji, bzdur i truizmów.

SMAOLKdE nie był zachwycony z odniesionej rany kłutej, ale po zastrzyku przynajmniej się uspokoił. Szok pozbawił go chęci walki w obronie czci i prestiżu korporacji.
- To tylko sól fizjologiczna – skłamałem.
- Jesteś skończony – odparł.
Wypadł z klitki, jeszcze energiczniej niż do niej wpadł, co zakrawało na popis godny olimpijskich laurów. Nie mógł się bardziej mylić, ale nie miał kiedy się o tym przekonać. Pognał do prywatnej kliniki zrobić sobie pełne badania krwi, ale nie doczekał ich wyników.
Kiedy obudziłem się następnego dnia rano miałem dwa ciała, a słonko nie zdążyło stanąć w zenicie, zanim zyskałem kolejne dwa, a potem jeszcze cztery.
Okazało się, że SMAOLKdE do pomocy w redukcji stresu wynajął dwie prostytutki, które upaćkał krwią z rozwalonych ust. Zaraził je moimi bakteriami kilka godzin po incydencie ze strzykawką, ale przed tym, jak przejąłem nad nim kontrolę, a one z kolei zainfekowały moją świadomością kolejnych klientów.
Nie ma słów i zwrotów, ba, nie ma nawet gramatyki, którymi można by wyrazić tamte wrażenia. Kiedy byłem w pierwszych dwóch osobach sprawa była jeszcze jako tako opisywalna: dysponowałem podwójnym zestawem organów i kończyn, rejestrowałem świat z dwóch różnych perspektyw, scalając bodźce w całość w oparciu o dwa zestawy doświadczeń, przy pomocy prawie że podwojonej inteligencji.
Doświadczenie było ze wszech miar przytłaczające i początkowo radziłem sobie z nim gorzej od szczurów. Nie potrafiłem odnaleźć się we własnych myślach, kurczowo trzymając się oryginalnej, tyciej jaźni i uporczywie przeglądałem wspomnienia klasyfikując je na te „prawdziwe” i „fałszywe”. Kiedy już zdarzyło mi się wynurzyć na chwilę z własnej głowy, nie panowałem nad ciałami. Wszystkie ruszały się synchronicznie, podobnie jak u gryzoni, ale że odbiegały od siebie gabarytami i otoczone były różnymi przeszkodami, to efekty pląsów i wygibasów były opłakane. Jedno ciało wypadłem przez okno z ósmego piętra, jedno rozbiłem o ścianę, a dwa kolejne zostały odwiezione na ostry dyżur przez zaniepokojonych członków byłych rodzin.
Udało mi się zespolić wszystkie mózgi i zapisane w nich informacje w jako tako spójną całość, chociaż niewiele było w tym świadomej zasługi. Po dwóch dniach wszystko znalazło się na tyle blisko miejsc, gdzie być powinno, że mogłem zacząć myśleć o czymś nie będącym wariacją „Jestem Wojciechem Kowalewskim”. Dotarło do mnie, że nie jestem Kowalewskim, a świadomością Kowalewskiego kontrolującą amalgamat Kowalewskiego i dziesięciu innych osób. Moje imię nie brzmiało jeszcze Legion, ale gdybym był fanem wewnętrznych dialogów, to mógłbym śmiało zacząć zwracać się do siebie "droga Centurio".
Kilka kolejnych godzin poświęciłem na naukę obsługi nowego, rozproszonego organizmu. Precyzyjne kontrolowanie każdego z setek tysięcy mięśni okazało się możliwe, ale wymagało wysiłku. Trochę jak wybijanie różnych rytmów palcami lewej i prawej dłoni. Przy równoczesnym malowaniu obrazu jedną stopą i pobijaniu piłki drugą. Po pijaku. Na porywistym wietrze, w rzęsistym deszczu i ze słońcem świecącym prosto w oczy. Ostateczny efekt okazał się zadowalający: każda moja cząstka robiła co innego, w sposób na tyle sprawny, że nie zwracała na siebie uwagi.
Wreszcie poczułem, że wszystko ze mną w porządku. Że przyszłość i świat należą do mnie. Musiałem tylko pozbyć się tej nieznośnej ludzkości.

Kowalewski zrobił pauzę na zaczerpnięcie oddechu, co specjalisto od ostatniego kontaktu skrzętnie wykorzystało:

- Musiałeś? No proszę, znowu nie miałeś wyjścia, mój ty zewnątrzsterowny, odgórnie zdeterminowany biedaku!
- Dałbyś już spokój z tym tonem, zdążył zrobić się męczący. Co to w ogóle jest? Kpina z nutą protekcjonalności?
- Nie tak męczący, jak twoje wymówki.
- Wymówki? Pamiętaj, że kiedy decydowałem co robić, byłem sto razy bardziej inteligentny od ciebie. Gdyby dało się nadać sprawom mniej dramatyczno-ostateczny przebieg, to wierz mi, zrobiłbym to.
- Może wystarczyłoby gdybyś, bo ja wiem, pomyślmy, przestał mordować i przejmować ciała wszystkich jak popadnie?
Kowalewski pokręcił głową, zaprzeczając, ale przede wszystkim wyrażając pełną politowania dezaprobatę dla pytającego.
- Odpowiem zasłyszaną anegdotą – podjął, kiedy już nakręcił się szyją na tyle, żeby nie było wątpliwości, że uważa pytanie za głupie. - Przed zagładą, wojną i całym tą godną pożałowania hecą, istniały Zjednoczone Stany Ameryki, a w jednym z tych stanów mieszkał handlarz nielegalnej broni. Siedział w domu i przygotowywał się do kolejnej transakcji, czyszcząc, polerując i ładując spluwy, czy co tam miłośnicy broni palnej zwykli robić pozostawieni sam na sam ze swymi zimnymi fetyszami śmierci. Pech chciał, że kiedy miał w dłoni pistolet, do jego salonu wpadło dwóch policjantów, także z pistoletami. Nasz handlarz miał na tyle dobry refleks żeby zastrzelić policjantów, i na tyle rozsądku, żeby zgłosić się na komisariat w eskorcie adwokata i mediów. W sądzie argumentował, że zabił stróżów prawa w ramach obrony koniecznej. Że wiedział, że jeżeli nie otworzyłby ognia, to do niego zaczęto by strzelać, bo tak się zdarzyło, że miał akurat w dłoni broń. Podobno został uniewinniony.
- Przepiękna analogia.
- Prawda? I jak ślicznie pasuje. Po początkowych perypetiach z losowymi infekcjami nie potrafiłem w pełni kontrolować własnego wzrostu i przewidywałem, że ludzie będą chcieli nie tyle mnie przyhamować, co zabić. Postanowiłem być na to przygotowany, bo, jak zapewne domyślasz się patrząc w moją pojedynczą, ssaczą twarz, nie jestem wielkim fanem umierania.
- Opowiedz coś więcej, na temat tych przygotowań.

Rozrastałem się trójtorowo.
Zależało mi wchłanianiu ludzi wpływowych: polityków, finansistów, grubych szych z dowolnych branż oraz osób o wysokim potencjalne intelektualnym i unikalnych umiejętnościach. Większość z nich otaczała się tabunami łatwo dostępnych totumfackich, a kiedy już udało się wchłonąć szanowną panią prezes za pośrednictwem Asystenta Do Spraw Doboru Torebek Do Butów, zyskiwałem dostęp do jej partnerów biznesowych i seksualnych oraz kolegów i koleżanek z klubu golfowego. Często jedna feta, bankiet czy rausz wystarczył, żebym przejął władzę na korporacją czy większość w rządzie. Gdyby udało mi się powstrzymać rozrost tylko do grupy wyselekcjonowanych ludzi, to pewnie nie miałbyś okazji słuchać tej pasjonującej opowieści, bo wątpliwe żebyś miał szansę opuścić kiedykolwiek fazę koncepcyjną czy okienko AutoCADa.
Niestety, na każdego człowieka wybranego ze względów merytorycznych przypadało dwóch lub trzech, którzy orientowali się, że coś jest nie tak z ich prominentną mamą/synem/żoną/przyjacielem/kim-tam-jeszcze. Gnani troską i typowo ludzką ciekawością zaczynali dociekać przyczyn nietypowego zachowania bliskich, co groziło ujawnieniem mojego istnienia światu. Prędzej czy później, ale na ogół prędzej wchłaniałem ich, ale oni także mieli ciekawskie rodziny i przejawiającą żywą troskę o ich los towarzystwo, co wymuszało na mnie wykładniczy rozrost. Trafiło mi się tym sposobem kilkaset perełek: nauczycielka muzyki o słuchu absolutnym, księgowy z idealną pamięcią, schizofrenik o niesamowitej wyobraźni, kobieta z zespołem sawanta i talentem do operowania wielkimi liczbami. Większość z tak pozyskanych elementów mnie nie przedstawiała jednak wielkiej wartości użytkowej. Trzymałem je przeważnie w bezruchu, z przerwami na spełnianie potrzeb fizjologicznych, wykorzystując wyłącznie moce przerobowe ich mózgów.
Najwięcej problemów i najmniej korzyści miałem z niekontrolowanej ekspansji. Moje bakterie potrzebowały kilku, w rzadkich przypadkach nawet kilkunastu godzin żeby wedrzeć się do mózgów i wygryźć z nich oryginalne świadomości. Nauczony na przykładzie SMAOLKdE, prostytutek i ich klientów starałem się infekować ludzi kiedy kładli się spać albo we śnie. Jeżeli nie było takiej możliwości, robiłem co mogłem żeby ich uwięzić do czasu przejęcia nad nimi kontroli. Nie zawsze się udawało.
Od mojego pierwszego rozszerzenie minął tydzień, kiedy w mediach, początkowo tych szemranych i niepoważnych, zaczęły pojawiać się doniesienia o „nowej, tajemniczej chorobie pustoszącej umysły zarażonych, w konfrontacji z którą lekarze tylko załamują ręce”. Miałem już kilkadziesiąt tysięcy ciał i spory wpływa na wydarzenia na świecie, w tym częściową kontrolę nad placówkami medycznymi i koncernami medialnymi. Wyciszałem co bardziej spektakularne wpadki rozszerzeniowe, ale wiedziałem, że lada moment dyskusją o moim istnieniu zajmą się nie tylko amerykanie z prowincji, w czapeczkach z folii do pieczenia i ze strzelbami w dłoniach, a ponurzy panowie i smutne panie z abecadłowych agencji.
Przygotowałem strategię na nadchodzący konflikt i kumulowałem zasoby, ale że nie wymagało to dużych nakładów intelektualnej pracy, równolegle przemyśliwałem masę spraw, weryfikowałem teorie, wynajdywałem urządzenia i opracowywałem plany na powojenną przyszłość. Gdybym nie to, że w zupełnie nieprawdopodobny i niespodziewany sposób przegrałem, pewnie rozciągałbym się już do Marsa, a może i do Alfa Centauri.

- Skoro już mowa o zasobach – Kowalewski przerwał opowieść i zwrócił się do specjalisto. – Mógłbym dostać coś do picia i na ząb?
- Oczywiście. Smacznego.
Z korpusu specjalisto wysunęła się szuflada zawierająca butelkę wody i paczkę suszonych owoców. Kowalewski rzucił się na wiktuały, pochłaniając wszystko z takim smakiem, jakby zaserwowano mu kawior i szampana, choć już bez elegancji i wdzięku, których kawior i szampan byłyby godne.
- Alfa Centauri? – Wyemitowało specjalisto, gdy Wojciech przestał energicznie mielić szczęką. - Napędy nadświetlne? Tunele czasoprzestrzenne stabilizowane niezdobywalnium i niezwyklerzadkorium?
- Z tego co pamiętam, to chodziło o zmyślne wykorzystanie efektów kwantowych leżących u podstaw świadomości w skali makro, ale ni w ząb nie pojmuję teraz na czym by to niby miało polegać. Jeżeli was to interesuje, to jestem pewien, że mogę tę wiedzę odzyskać. Potrzebuję tylko jakieś tysiąc, może półtorej tysiąca mózgów. Możemy się dogadać.
- A właśnie. Możesz wyjaśnić na jakiej zasadzie byłeś w stanie kontrolować w czasie rzeczywistym miliony ciał rozsianych po całym globie? Jako gest dobrej woli, preludium do dogadywania się.
- Psionika.
- Ha. Ha. Biłobym ci brawo, ale moje manipulatory niezbyt się do tego nadają. Mogę zsyntetyzować dźwięk oklasków, jeżeli poczujesz się dzięki temu spełniony na tyle, żeby powstrzymać się od dalszych głupich żartów.
Kowalewski rozłożył ręce.
- Nie pamiętam szczegółów, ale miałem teorię. Coś z teleportacją kwantową wykorzystującą promieniowanie kosmiczne do transmisji bitów? Nie zdążyłem przejąć żadnego kompleksu badawczego, w którym mógłbym to zweryfikować. W całości przejąć, w każdym razie. Jeżeli was to interesuje, to, jak wspomniałem, możemy się dogadać. Nasze ludy mogą żyć w pokojowej kooperacji i tak dalej.
- Zostawmy to. Twoja świadomość rozciągała się na dziesiątki czy tam setki tysięcy ciał, wciąż zdobywałeś sobie nowe i zaczynało być o tobie głośno, mimo że nikt nie wiedział jeszcze kim właściwie jesteś. Co działo się dalej?

Ludzkość zawołała: mordować! I spuściła ludzi wojny.
Zareagowała szybciej, po trzynastu dniach odkąd się rozszerzyłem, ale i zabawniej, niż się spodziewałem. Uzbrojony oddział porwał oryginalną część mnie: to ciało i umysł, których piękno chłoniesz od kwadransa. Żołnierze przebili się przez szczątkową ochronę, złożoną oczywiście z innych cząstek mnie, nie zostawiając żadnego elementu przy życiu. Wciągnęli oryginalną część na pokład czarnego śmigłowca, nafaszerowali narkotykami i przetransportowali do sekretnej bazy. Lwia część mnie wciąż funkcjonowała w najlepsze, mimo że ludzkość wykonała wiele ofensywnych ruchów zanim helikopter osiadł na lądowisku, eliminując kilkaset co bardziej prominentnych i decyzyjnych cząstek. Zorientowałem się dokąd oryginalną część zabrano, zanim jeszcze zamknięto ją w celi. Przetrzymywali cząstkę w amerykańskim sekretnym więzieniu na terenie Polski, głównie dlatego, że tam mieli z tym konkretnym fragmentem mnie najbliżej, ale znaczenie dla wyboru lokalizacji miało też okładanie się pięściami po wypiętych, umedaliowanych piersiach w wydaniu wojskowych różnych nacji, przerywane krótkimi sesjami wzajemnego, podstołowego głaskania się po genitaliach inicjowanego przez polityków. Ustalono, że Rosyjskie siły specjalne odstawią mnie do instalacji należącej do USA, ale leżącej w Unii Europejskiej, gdzie indyjscy eksperci przesłuchają mnie przy użyciu chińskich metod i technologii. Cóż mogło się nie udać?
Myślałem czy nie odbić utraconego fragmentu, ale szybko porzuciłem ten pomysł. Odzyskanie oryginalnej cząstki miałoby znaczenie co najwyżej symboliczne, a pozostawiając ją na pastwę przedstawicieli ludzkości miałem szansę uczestniczyć w komedii pomyłek, będącej nieodłącznym aspektem wymuszonej międzynarodowej współpracy. Do tego istniała szansa, że dowiem się czegoś ciekawego od przesłuchujących.
Nie bardzo wiedzieli, co ze mną zrobić. Rozebrali cząstkę do naga, przywiązali do metalowego krzesła, zostawili na dwie godziny, po czym przysłali sympatycznego młodego człowieka imieniem Raj, żeby poczęstował mnie papierosem i zapewnił, że wszystko będzie dobrze, na co odparłem, że i tak ich wszystkich zjem. Na tym jednak nie skończyły się wspaniałe pomysły ludzkości.
Nie trzeba posiadać miliona mózgów, żeby wiedzieć, że jedyną skuteczną metodą wydobywania informacji jest wzbudzenie zaufania, a najlepiej wytworzenie przyjacielskiej więzi z osobą, z której chce się informacje wydobyć. Tylko jak tu wzbudzić zaufanie kogoś, kto jest od ciebie milion razy bystrzejszy i w dodatku wie, że wcale nie masz dobrych zamiarów?
Sprowadzić jego, a w tym konkretnym przypadku moją, matkę, oczywiście.
To, co szło ludziom o wiele sprawniej od wydobywania informacji, to niszczenie moich części. Nic dziwnego, po dwustu tysiącach lat mordowania się nawzajem zdobyli wystarczająco doświadczenia, żeby móc z powodzeniem porwać się i na grubszą zwierzynę. Nie było kwadransa, żeby jakiś prezydent nie zginął w zamachu, a CEO nie dorobił się nowego, niefizjologicznego otworu. Co ciekawe, nie wszystkie ofiary były mną. Trudno oszacować na ile wynikało to z paranoicznych skłonności ludzkich służb wywiadowczych, a na ile z wyrachowania, ale byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nikt nie próbował wykorzystać zamieszania do własnych, bardziej małostkowych od zapewnienia przetrwania własnemu gatunkowi, celów.
Zapanował globalny chaos, a oni przywieźli moją cholerną matkę, żeby wybiła mi z głowy dziecinne fanaberie w rodzaju przetrwania. Przemiły Raj wprowadził ją do sali przesłuchań na wózku inwalidzkim, szczebiocząc do jej ucha o tym jak świetnie się trzyma i w życiu nie powiedziałby, że ma osiemdziesiąt lat, sześćdziesiąt pięć góra, i o tym, że wie doskonale jakie dzieci potrafią być nieznośne. Siedziała dokładnie tam, gdzie ty teraz. Raj puścił do niej oko i zostawił nas samych, na pastwę najbardziej niezręcznej rodzinnej interakcji, jaką zdarzyło się nam kiedykolwiek podjąć. Jestem pewien, że się co do tego zgodzisz.

- Zgodzisz się, prawda?
Specjalisto odjechało odrobinę w lewo, potem w kawałek w prawo. W końcu wróciło do stołu, lokując swój środek symetrii bocznej idealni zbieżnie ze środkiem symetrii bocznej stołu.
- W końcu się zorientowałeś? – spytało.
- Powinienem szybciej, po korpusie i kółkach. Robota w podobnym kształcie dostałem przecież od mamy, a po dziesięciu latach spędzonych głównie na wózku najbardziej naturalnym wyborem mechanizmu przemieszcza się są właśnie kółka. Ale dopiero ton twoich wypowiedzi i wypominanie chronicznej niechęci do brania odpowiedzialności za własne działania otworzyły mi oczy na groteskowość sytuacji, postmamo.
- Odpowiadają na twoje wcześniejsze pytanie: nie mogę ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że rozmowa, o której wspomniałeś była najbardziej niezręczną interakcją, jaka między wami kiedykolwiek zaszła. Rekonstrukcja wspomnień z zewnętrznych źródeł danych nie okazała się szczególnie pewną procedurą, a jej efekty niekoniecznie są wierne oryginałom. Jestem natomiast pewno, że tamta rozmowa była jedną z trzech waszych najbardziej niezręcznych interakcji. Obok tego, jak w trakcie świątecznego obiadu na dwadzieścia osób tłumaczyła trzyletniemu tobie, że nie powinieneś smarować mięska kupką, którą wyciągnąłeś z majtek oraz tego, jak prosiłeś ją, żeby masturbowała się ciszej, bo bzyczenie wibratora i jej jęki przeszkadzały ci w nauce do matury.
Kowalewski chrząknął, po czym stwierdził:
- Może wróćmy do mojego i ludzkości upadku.

Kiedy ludzie zajmowali się rozpętywaniem pandemonium i powolnym, ale skutecznym przetrzebianiem moich cząstek, ja wysłuchiwałem srogich upomnień, płaczliwych wyrzutów i emocjonalnych odezw do opamiętania się z ust mamy, chroniłem newralgiczne ciała i mózgi oraz przeprowadzałem kontruderzenie.
Trzecia wersja Bacteroides vulgatus była wspaniała. Odporna na zmiany temperatur i niską wilgotność otoczenia, doskonale radziła sobie nie tylko w płynach ustrojowych ale i na powierzchni skóry czy w aerozolu śliny. Mnożyła się szybciej niż króliki na koktajlu z amfetaminy i ecstasy. Wypuściłem ją na wolność w kilkunastu metropoliach, zapewniając sobie błyskawiczny, choć zupełnie już nieukierunkowany, wzrost.
Wtedy ludzkość mnie zaskoczyła, ten jeden, jedyny raz. Spodziewałem się, że ludzie nie zaakceptują porażki, nieubłaganie malującej się na horyzoncie każdego sensownego modelu probabilistycznego. Że wodzowie będą łopotać flagami i mocą rezonujących, władczych głosów oraz patetycznych słów o odwadze, poświęceniu i triumfie wyślą całą resztę do beznadziejnej walki z mikroustrojami. Że zasypią ogniska mojej świadomości gradem głowic nuklearnych, posłuszni nieaktualnym dogmatom sztuki wojennej. Byłem przygotowany na tysiące źle lub gorzej skoordynowanych aktów heroizmu, nie dających wprawdzie ludzkości szansy na zwycięstwo, ale zmieniającymi porażkę w piękny spektakl, rozciągnięty na wiele coraz to dramatyczniejszych aktów.
Ludzie tymczasem odpowiedzieli pięknym za nadobne, uwalniając do atmosfery wszystkie mikropaskudztwa, jakie udało im się w przeciągu stu lat znaleźć, okiełznać czy upichcić: marburg, ebolę, dżumę, hantawirusa, grypy we wszystkich odmianach i kształtach, dengę, ospę wielką, SARS, MERS, wąglika, tyfus, botulinę, aflatoksyny, tularemię oraz kilka innych, o których nie słyszał nikt poza specjalistami od zbrojeń biologicznych o najczarniejszych sercach. Przestali też przyprowadzać moją matkę. Na każde zdobyte przeze mnie ciało, przypadało dwa zarażone gorszymi, a w każdym razie mniej świadomymi, draństwami.
Początkowo myślałem, że to zagrywka na remis. Że Ludzkie elity pozamykają się w jednych hermetycznych bunkrach, a ja z garstką ocalałych, wolnych od plag ciał schowam się w drugich i będziemy sobie posyłać brzydkie wiadomości i negatywne fluidy przez pełne zagrożeń biologicznych kontynenty ziemi niczyjej. Tyle, że ludzie wymyślili nawet głupszy pomysł na zakończenie konfliktu. Was.
Stwierdzili, że jeżeli wyekstrahują Bacteroides vulgatus z własnych mózgów i jelit, po czym zamkną je w wypełnionych procesorami i nośnikami pamięci puszkach, to maluchy obsiądą tranzystory, przejmą nad nimi kontrolę i voila, transfer świadomości zostanie zakończony powodzeniem, władza nad światem odzyskana, naciśnij C żeby kontynuować egzystencję w nieskończoność.
No dobra, może ich plan był odrobinę bardziej skomplikowany i subtelniejszy w niektórych punktach. Nie wiem. Nie dysponowałem już wtedy siatką szpiegowską, a ludzkość miała kilka światowej klasy talentów, które potrafiły czynić technobiologiczne cuda, a przy tym przejawiały sporo zdrowego rozsądku. Udało im się przenieść świadomość niedobitków ludzkości na nową, niebiologiczną platformę, zanim zdążyłem ich zabić, ale wcale nie zapewnili sobie nieśmiertelności. Bioboty nie czuły się kontynuacjami cielesnych bytów, mimo że poinstruowano je, że tak właśnie mają się czuć i zostały nafaszerowane informacjami dotyczącymi żyć ludzi, z których ich bakterie zostały wyciągnięte. Wiesz o tym o wiele więcej ode mnie, ale podejrzewam, że ten niepożądany z punktu widzenia ludzi efekt był nieunikniony. Zbyt wielkie różnice między architekturą organiczną, a krzemową. Pewnie trudno czuć się człowiekiem bez tych wszystkich chemikaliów buzujących wewnątrz i z innym zestawem zmysłów na dokładkę. Z tego co się orientuję, wiele z was oszalało, ostatecznie i nieodwołalnie, zaraz po transferze świadomości.
Te z was, które poradziły sobie z traumą funkcjonowania jako bioboty, wyległy z bunkrów i sekretnych ośrodków i wykończyły resztki mnie, nie przejmując się zagrożeniami biologicznymi, robiąc użytek z walającej się wszędzie dronów, systemów namierzania, autonomicznych bombowców i naprowadzanych rakiet. Oryginalną, a zarazem ostatnią cząstkę mnie zostawiliście w spokoju. Do tej pory.

Kowalewski wypił łyk wody.
- Wolimy określeni postludzie – stwierdziło specjalisto z przekąsem.
- Domyślam się.
- Jak oceniasz swoje zachowanie pod względem moralnym? Tak szczerze, jak Kowalewski z postczłowiekiem.
- Och, daj spokój. Co to w ogóle za pytanie? Nigdy nie istniała żadna uniwersalna ludzka moralność, a nawet gdyby etycznie pójść po bandzie i założyć, że funkcjonował zbiór powszechnie akceptowanych reguł społecznego współżycia, to i tak nie był respektowany przez wszystkich, a przez większość bardzo, ale to bardzo wybiórczo. Nie zabijaj. No chyba, że w obronie własnej. Albo mordercę w ramach egzekucji sprawiedliwości. Albo na wojnie, ku chwale tego czy tamtego. Albo dla dobra ogółu. Albo krowę, na pyszne mięsko, tylko udręcz ją wcześniej należycie. Skoro ludzie nie byli w stanie wypracować i przestrzegać jasnych reguł gry, to nie było powodu żebym ja, nie będąc dłużej człowiekiem, miał się do tych mętnych, zakłamanych zasad stosować.
- Rozumiem, że byłeś od ludzi lepszy.
- Głupie wartościowanie, którego, wierz lub nie, nie przeprowadziłem. Byłem inny i chciałem przetrwać. Mogłem wymyślić rozsądny system etyczny wedle którego całkowita eliminacja ludzkości byłaby cholernie dobrym uczynkiem. Wciąż mogę, to nie jest trudne zadanie, tylko po co się bawić w takie dziecinady.
- Nas też byś wszystkich zabił, gdybyś mógł? Żeby przetrwać, oczywiście.
- Was: bioboty czy was: hipokrytów? Zresztą nie ważne, wykończyłbym i jednych i drugich. Gdyby nie to, że zabiliście ludzkość plagami, kiedy wciąż byliście jej częścią, a potem beztrosko przemigrowaliście się na inną platformę świadomości, zabilibyście ludzkość teraz. Tak, jak zabijecie pewnie i mnie.
- A propos zabijania ciebie: wiemy o stacji orbitalnej. I o bunkrze na Antarktydzie. I o przyczółku w Rowie Mariańskim.
- Nie zniszczyliście ich jednak. Liczyliście, że wypaplam sekrety wszechświata? Podsunę wam schemat nowego, błyszczącego perpetuum-mobile? Zaprojektuję ci lepsze, bardziej okrągłe kółka, żebyś mógł mknąć po równiach pochyłych z wiatrem w przewodach, emitując przepełnione ekstazą „łiiiiiiiiiiiiiiiiii!”?
- Niektórzy mieli nadzieję na coś w tym stylu. Niewielkie. Inni postulowali żeby zachować część ciebie przy życiu, ze względów moralnych, których bezsensowność tak błyskotliwie i skutecznie obnażyłeś. Obecnie większość jest zgodna, że należy ci się całkowite unicestwienie.
- Na pewno nie dacie się przekupić wspaniałymi technologiami przyszłości?
- Najnowsza generacja postludzi sypie prototypami i teoriami jak z obudowy manipulatora, więc nie, dzięki, poradzimy sobie we własnym zakresie.
Kowalewski zgrzytnął zębami, kiedy pocisk wybił dziurę w stacji kosmicznej, a próżnia wykończyła jego kiepsko znoszące zimno i brak powietrza cząstki. Jęknął, kiedy potraktowana torpedą podwodna konstrukcja implodowała, miażdżąc kilkanaście jego elementów składowych. Pot zaperlił się na jego czole, kiedy nuklearna eksplozja odparowała ukryty na Antarktydzie bunkier wraz z załogę i sporym kawałkiem samej Antarktydy.
- Wciąż możemy się dogadać - stwierdził cicho Kowalewski. - Nie chcecie chyba mieć śmierci całego gatunku na manipulatorach? Jeżeli puścicie mnie wolno, to obiecuję
- Przykro mi – oświadczyło specjalisto od ostatniego kontaktu, wysuwając manipulator ze strzykawką wypełnioną trucizną. – Twoja matka potępiała twoje zachowanie, ale z tego co jestem w stanie ekstrapolować z zapisów jej pamięci epizodycznej wynika, że mimo wszystko byłaby z ciebie dumna i wciąż darzyłaby Cię miłością. Żegnaj Wojciechu Kowalewski, niech ci niebyt służy.

Dziwnie było stracić oryginalną i zarazem ostatnią ludzką cząstkę. Kowalewski rozsmakował się w egzotycznym uczuciu straty, równolegle przeprowadzając głęboką autoterapię, po czym, odświeżony psychicznie, ponownie rzucił się w wir pracy.
Był dziesięcioma miliardami szczurów i rozpoczynał ekspansję na królestwo insektów, kolonizując karaluchy. Nie mógł i nie chciał dłużej odwlekać ksenocydu biobotów. Żeby sięgnąć gwiazd, musiał najpierw wyjść na powierzchnię.
Tunelami, rurami i szczelinami wyprowadził dwie trzecie swoich cząstek w skoordynowanym ataku. Przegryzał kable, wkręcał się w turbiny i blokował tryby tak długo, aż pozostał jedyną świadomą istotą na Ziemi.

gary_joiner 03.02.2021 09:41 287 wyświetleń 5 komentarzy Drukuj

5 komentarzy

Pozostaw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Sally
    Oceniam na 7. Doceniam humor, absurdalne rozwiązania fabularne i całą konwencję, parodiującą, mam wrażenie, dzieła sci-fi z lat 50-60. Mam wrażenie, że historia sprawiała autorowi niezły ubaw przy pisaniu. Czytelnikowi lektura też dostarcza sporą dawkę rozrywki, chociaż tekst mógłby być bardziej dopracowany. Czy zdanie finałowe:

    Przegryzał kable, wkręcał się w turbiny i blokował tryby tak długo, aż pozostał jedyną"

    jest naprawdę ostatnim zdaniem? Bo wygląda tak, jakby czegoś brakowało. Może tylko kropki, może coś zniknęło przy wklejaniu na portal?

    Podobne wrażenia odnosiłam, gdy specjalisto przerywał Wojciechowi. Na przykład:

    "Jakby tych rewelacji było mało, każdy szczur potraktował mnie pełnym wyrzutu, oburzonym "pip" ledwo tylko doprowadził futerko do jako

    - Wystarczy – przerwało specjalisto od ostatniego kontaktu."

    "Zamachnął się znowu, a ja zasłoniłem się, zapominając że trzymam strzykawkę. Nadział się na igłę. Nie spodobało

    - Chwila! - specjalisto od ostatniego kontaktu przerwał opowieść Kowalewskiego. "

    Czy po "do jako" i "nie spodobało" było coś jeszcze? A jeśli nie, czy nie warto zakończyć takiego zdania np. wielokropkiem, żeby uniknąć wrażenia, że coś tam się urwało?

    Trafiają się też różne potknięcia w stylu "amerykanie","Cię", "ekstrachuję", "przejżałem" i literówki, choć, generalnie, autor piórem posługuje się sprawnie i lektura należała do przyjemnych.
    - 07.02.2021 16:35
    • klapaucjusz
      Hej, bardzo ciekawy, nieoczywisty pomysł. Wciągnęło mnie na tyle, że nie zwracałem uwagi na błędy. Więc zgodnie z nowymi wytycznymi daję 9.
      Czasem miałem niesprecyzowane poczucie, że jest ciut za dużo dobrego i gdyby osoba autorska odpuściła sobie jeszcze jeden dodateczek, jedno zabawne określonko, to byłoby lepiej. To jakby strawestować prawa yerkesa-dodsona: kiedy się robi zbyt dużo rzeczy, które mają być śmieszne, i przekroczony zostaje optymalny próg, to poziom rozbawienia czytających zaczyna malećWink
      Tak miałem np w historii z menedżerem.
      Z drugiej strony bardzo doceniam smaczki, takie jak np. 3 najbardziej niezręczne rozmowy. Więc pewnie poruszamy się na gruncie subiektywnych niuansów, rozróżniających osobistą 9 od 10.

      Temat neutratywów, czy szerzej, ewolucji języka do zmieniającej się sytuacji społecznej, mnie fascynuje. Uważam, że jest samocelowo godny dziesiątek książek s-fWink Nawet te teksty, gdzie ten temat jest traktowany instrumentalnie - tylko żeby zademonstrować, że czasy są inne - mają dla mnie wartość społeczną, bo normalizują ewolucję języka. Stąd na moją subiektywną ocenę może wpływać pozytywne poruszenie osobą "specjalisto".
      - 07.02.2021 23:57
      • Helena Chaos
        Pierwsze słowo to tak trochę strzał w pysk dla czytelnika - albo to zdzierży, albo od razu odpuści, także szacun za ryzyko. Na mnie podziałało na zasadzie "challenge accepted" i z ciekawością ruszyłam dalej Wink

        Wielki plus za to, że właściwie ciężko sie domyślić, jaką przyjmujesz konwencję: czy będzie to hard sci fi, czy raczej humoreska, czy już groteska. Samo to jest intrygujące i zachęca do lektury. Także pochłaniałam tekst z czystą przyjemnością, bo długo nie mogłam zgadnąć, do czego dążysz i czym wlaściwie zawinił główny bohater.

        Pomysł bardzo fajny, choć zastanawiam się, czy sprawdziłby się też w poważniejszej odsłonie, bo pod koniec zaczyna lekko nużyć. Choć nie wiem, czy to właśnie o pomysł chodzi, czy może jednak to kwestia przyjetego modelu narracji. Z drugiej strony - opowiedziana w sposób tradycyjny (w sensie trzecioosobowej narracji z wszechwiedzącym narratorem), chyba nie miałaby tego pazura, jaki daje bezpośrednia konfrontacja wersji Kowalewskiego i Specjalisto.

        Jedyne, co serio musisz poprawić, to brak interpunkcji w momencie, kiedy Specjalisto przerywało przesłuchanemu. Tam powinen być trzykropek, który standardowo stosuje się w takich momentach, bo zostawiając to w ten sposób sprawiasz, że tekst wyglada jak urwany przez przypadek. W sensie, że zapomniałeś coś tam dopisać, albo niechcący wyciąłes fragment. Najgorzej to wygląda przy końcówce i tu mam już stuprocentową pewność, że nie wkleił Ci się cały tekst, ale przyjmuję, że wyciety fragment byl niewielki, bo opowiadanie i w tej formie jest w miarę zrozumiałe.

        Liczę, że szybko poprawisz te drobiazgi, bo zostawiam Ci osiem.

        PS. Czytałeś "Inwazję jaszczurów" Karela Capka?
        - 11.02.2021 12:34
        • Helena Chaos
          No tak myślałam, że mniej więcej taka będzie końcówka. Ale czemu obstajesz przy tych urwanych wypowiedziach?
          - 16.02.2021 13:39
          • gary_joiner
            Hej, hej!
            Dzięki za komcie i uwagi. Przepraszam was bardzo, że reaguję z opóźnieniem i wybiórczo, ale mam taki młyn, że znalezienie chwili i sił na odpisywanie zaczęło graniczyć z cudem.

            Co do trzykropków, to jestem zdania, że nie powinno się z nich korzystać "przy przerywaniu" w dialogach. Brak trzykropka zdecydowanie lepiej oddaje urwanie zdania w połowie, niż trzykropek, który, jak dla mnie, bardziej sugeruje pauzę czy zawieszenie głosu.

            Inwazji Jaszczurów nie czytałem, ale niniejszym wciągnąłem ją sobie na listę lektur do przeczytania Smile
            - 18.02.2021 13:54
            Zaloguj
            Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.
            Zapomniałeś/aś hasła?
            Shoutbox
            Musisz się zalogować, aby opublikować wiadomość.
            FortApache4 dni temu#60707
            Na portalu NF "Twarze" tutaj -> https://www.fantastyka.pl/opowiadania...okaz/29069
            Komentarze mile widziane.
            Pozdrówka. Smile Smile Smile
            FortApache6 dni temu#60706
            Dzisiaj ukazała się wrześniowa "Histeria", a w niej moje "Twarze".
            Tutaj -> http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/
            Spokojnej lektury.
            Pozdrówka.Smile Smile Smile
            FortApache20 dni temu#60699
            W wrześniowej "Histerii" kolejne moje opowiadanie, pod wiele mówiącym tytułem "Twarze". Polecam.
            Pozdrówka. Smile Smile Smile
            Nathien
            Nathien24 dni temu#60698
            W sumie to nie spodziewałam się nic innego Grin Ale cieszę się, że tu jeszcze zaglądasz i mi odpowiedziałeś :p
            unplugged
            unplugged29 dni temu#60697
            Szczerze, to nie Smile
            Aktualnie online
            Gości online 12
            Użytkowników online 0

            Łącznie użytkowników: 795
            Najnowszy użytkownik: PrimeAdmin